Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

2.18.2016

/ŚWIAT/ W grupie czy samemu i inne dylematy podróżnika (cz. I)


Czas PO podróży to jednocześnie czas PRZED podróżą. Doświadczenia zebrane na jednym wyjeździe, procentują na kolejnym. Z jednej strony nic nie zastąpi pierwszego wrażenia, jakie miało się widząc palmy i wielbłądy, słysząc szum bezkresnego oceanu czy czując zapach powietrza rozgrzanego do 50 stopni, z drugiej strony z czasem człowiek uczy się widzieć jeszcze więcej, funkcjonować sprawniej w obcym otoczeniu i unikać błędów - często kosztownych.  

Zapraszam na garść refleksji związanych z dylematami, przed którymi stajemy planując wycieczkę, wyjazd i wakacje.


1. W zorganizowanej grupie czy na własną rękę 

Pytanie, czy kupić zorganizowaną wycieczkę z kolorowego katalogu w biurze podróży lub przez Internet, czy też samemu zarezerwować lot plus hotel i na własną rękę zaplanować atrakcje, to podstawowy dylemat turysty i podróżnika. 

Na wielu blogach znalazłam opinie, że wyjazd z Rainbow, TUI czy Itaką to dyshonor niegodny prawdziwego zdobywcy, a do tego obciach i wyrzucenie pieniędzy. Ja nie do końca się z tym zgadzam. Ponieważ podróżowałam już i samodzielnie, i w mniej lub bardziej zorganizowanych grupach, więc doceniam wygodę wycieczek z katalogu. Zwłaszcza, że w prawdziwym życiu człowiek ma często wyskrobany z trudem tydzień urlopu i jest to bezcenny czas, który chciałby w pełni wykorzystać na zwiedzanie - bez spędzania nocy na planowaniu, bez stania w kolejce po bilety, bez narażania się na opóźnienia w lokalnej komunikacji. Wtedy zorganizowany wyjazd może okazać się korzystną opcją - klimatyzowanym autokarem mknie się między atrakcjami, po drodze pilot urządza konkurs wiedzowy lub kurs arabskiego, a dodatkowo mamy szansę zdobyć nowych znajomych, którzy z uśmiechem cykną nam zdjęcie, a wieczorem wyskoczą z nami na piwo. W ten sposób zwiedziłam w 10 dni wszystkie siedem Emiratów Arabskich, w ten sposób - z nieocenionym pilotem Jackiem, który wiedział WSZYSTKO i jeszcze więcej - objechałam Tunezję. 

Nie wstydzę się wycieczek zorganizowanych, cenię to, że uwzględniają highlighty danego kraju - które i tak chciałoby się zwiedzić jadąc tam po raz pierwszy. Doceniam wiedzę i wsparcie przewodników oraz ciekawą dynamikę wielopokoleniowych grup jadących na wycieczki... Co do kosztów, to często bilans wcale nie wypada niekorzystnie, zwłaszcza w przypadku destynacji, do których loty rejsowe są drogie - bo biura dysponują czarterami i dobrymi cenami w hotelach.

Aby nie być rozczarowanym wycieczką z katalogu trzeba przestrzegać kilku zasad: 
- dokładnie poszukać opinii w Internecie (np. na easygo.pl, forum-turystyczne.pl, wakacje.pl) - zarówno o biurze, jak i o danym wyjeździe; ja w ocenie wpisów kieruję się zwykle podejściem statystycznym - gdy jakaś negatywna opinia uporczywie się powtarza, to z reguły jest w niej ziarnko prawdy,
- upewnić się, że organizator widnieje w ministerialnej Centralnej Ewidencji Organizatorów Turystyki i Pośredników Turystycznych (wpisując nazwę biura w wyszukiwarce pod http://turystyka.gov.pl/ceotipt/podmioty_p_77.html), 
- sprawdzić, czy wyjazd jest potwierdzony - bo w przeciwnym razie tydzień przed planowanym wylotem może się okazać, że nigdzie nie jedziemy, 
- koniecznie spytać się, ile osób będzie maksymalnie w grupie - gdy biuro nie chce udzielić tej informacji, oznacza to często, że planuje imprezę na 40-50 turystów, czyli przedsięwzięcie logistycznie trudne i uciążliwe dla wszystkich zainteresowanych,
- podpytać się o nazwisko pilota i przeczytać na forach, czy warto z nim/nią jechać; raz byłam na wycieczce z panią Krystyną, o której pisano, że można byłoby wystawić ją w Sevres jako wzorzec przewodnika - i muszę przyznać, że jej barwne opowieści pamiętam do dziś,
- sprawdzić zakres ubezpieczenia i dokupić dodatkowe na własną rękę, jeśli to oferowane przez biuro nie gwarantuje nam spokojnego snu.  

Ostatnio przyglądałam się coraz bogatszej ofercie wyjazdów tematycznych i hobbystycznych. Biura specjalizujące się w tego typu eskapadach organizują wakacje z jogą na Tajlandii czy wypady fotograficzne do Wietnamu. Na takich wyjazdach - według zapewnień organizatorów - rytm zwiedzania podporządkowany jest zajęciom sportowym / sesjom z aparatem. Z takiej oferty jeszcze nie korzystałam, choć już dwa razy przymierzałam się do eskapady fotograficznej ze specjalizującym się w "wyjazdach dla singli" biurem z Warszawy. Niestety w obu przypadkach okazywało się, że podana na stronie internetowej cena zmienia się w ostatniej chwili (bo uczestników mniej, bo nie wkalkulowano transportu na miejscu...) - na tyle znacząco, że musiałam zrezygnować. W przypadku takich praktyk stosuję zasadę "do dwóch razy sztuka".

Najgorszą opcją z testowanych przeze mnie do tej pory okazał się wyjazd typu "trampingowego" z jednym z krakowskich biur specjalizujących się w eskapadach low budget. Wyprawa ta łączyła w sobie niestety wady wyjazdów zorganizowanych (najtańsze hotele, wieloosobowe pokoje, narzucony nie najciekawszy program bez możliwości zmian) oraz samodzielnych (wyżywienie na własną rękę, samodzielne dbanie o potwierdzenie lotniczych biletów powrotnych, o co biuro zapomniało zadbać). Nigdy więcej :-)

Oczywiście w pewnym sensie nie ma to jak wyjazd samodzielny. Wtedy można w nocy poszaleć w klubie, a potem pospać do 14.00. Zmienić plan dnia i skręcić z drogi do katedry w boczną uliczkę, jeśli akurat coś w niej nas zafascynuje. Zwiedzić muzeum hologramów zamiast osławionej wystawy superwykopalisk. Pobiec za śmiesznie przystrojonym słoniem. To wszystko gwarantuje niepowtarzalne przeżycia i poczucie, że dotknęło się czegoś prawdziwego. Pozwala też zagubić się i ponownie odnaleźć szlak, a także poznać ludzi mniej lub bardziej nam przyjaznych. Trzeba mieć tylko świadomość, że taki urlop to w wielu krajach jazda bez trzymanki: opisywany w przewodniku bar już dawno nie istnieje, teraz w tym miejscu jest burdel, autobus zamiast jechać o 7.00 - jak w rozkładzie - odjeżdża o 10.00, taksówkarz zamiast do restauracji dowozi nas do mafijnego lokalu na drugim końcu miasta... Z drugiej strony, jeśli się przeżyje, jest o czym opowiadać.

Moje zasady dotyczące wyjazdów na własną rękę są proste:
- abonuję newslettery linii lotniczych i kanał MlecznePodróże.pl na Facebooku, by śledzić promocje linii lotniczych i korzystnie kupić lot,
- dokładne dane pobytu zostawiam bliskiej osobie w kraju - tak dla bezpieczeństwa; plan podróży można też zawsze zgłosić przez Internet w Ambasadzie lub Konsulacie RP w danym kraju,
- kupuję przewodniki, wertuję Internet, oglądam filmy i dokładnie planuję wyjazd dzień po dniu jeszcze przed wylotem z kraju - a potem na wyjeździe... traktuję moje zapiski jedynie jako sugestię i oczy mam otwarte na lokalne plakaty, ogłoszenia, atrakcje spotkane po drodze, oferty lokalnych biur turystycznych; plan daje mi poczucie bezpieczeństwa i jest swoistym punktem wyjścia, ale nie realizuję go niewolniczo,
- na samotne zwiedzanie wybieram kraje Europy i Azji, rzadziej kraje Afryki - ze względu na bezpieczeństwo, poziom komunikacji publicznej i akceptację społeczną dla samotnego zwiedzania, zwłaszcza przez kobietę. 


2. Z kimś czy w pojedynkę

To kolejny niebagatelny dylemat - bo zarówno na wyjeździe zorganizowanym, jak i na eskapadzie planowanej samodzielnie możemy mieć partnera czy partnerkę doli i niedoli albo być samotnym wilkiem.

Z jednej strony "smutno cieszyć się samotnie" (Lessing), z drugiej strony "piekło to inni" (Sartre). Co jest lepsze?...

Próbowałam obu opcji. Stosunkowo najdziwniejsze okazało się być samej na wyjeździe Rainbow, na którym prócz mnie znalazły się same pary. Ale opcja sprawdziła się znakomicie: cieszyłam się jednoosobowym pokojem, w którym mogłam się wyspać, podwójnym miejscem w autokarze, na którym mogłam przybierać komfortowe pozycje i idealnym miksem towarzystwa i samotności. Gdy chciałam porobić zdjęcia, to chodziłam sobie osobno, a gdy wolałam pogadać - uśmiechałam się do którejś z par z autokaru i za przygarnięcie odwdzięczałam się cykaniem im wspólnych fotek oraz wsparciem językowym.

Fajnie jest wyjeżdżać samemu, bo dopiero rano w metrze można wyciągnąć plan i zaplanować dzień. Fajnie jest wyjeżdżać z kimś, bo można podzielić się wrażeniami, zostawić na chwilę plecak pod opieką, razem potańczyć w klubie. 

Nie każda osoba, z którą doskonale się pracuje lub chodzi do kina w Warszawie, będzie też idealnym towarzyszem wyjazdu. Przy doborze współtowarzysza wyprawy ważne jest, aby:
- mieć podobny stosunek do pieniędzy: gdy jedna osoba lubi wspólną kasę i rozliczanie się w przybliżeniu, a druga chce pilnować przepływów co do grosza, to wspólny wyjazd po jakimś czasie stanie się trudny dla obu stron,
- mieć zbliżone rozumienie czystości i porządku: tani hotel z karaluchami to dla jednych finansowa okazja, a dla drugich koszmar spędzający sen z powiek, podobnie budka ze street foodem może być postrzegana jako idealne miejsce na lunch albo Sodoma i Gomora, którą powinien natychmiast zdalnie zamknąć polski Sanepid,
- lubić w dużej mierze to samo: miłośnik tańców w klubach i czerwonych dzielnic nie dogada się z refleksyjnym towarzyszem ciągnącym do muzeów sztuki - bo na wyjeździe nigdy nie starczy sił, czasu i środków, by to wszystko pogodzić,
- mieć o czym pogadać - bo inaczej będzie smutno i milcząco; jak ładnie ujęli to blogerzy z "Make Life Harder": "Przyjmuje się, że krępująca cisza to taka cisza, która trwa dłużej niż 5 sekund i pojawia się w relacjach z ludźmi, których znasz na tyle dobrze, że nie wypada milczeć, ale nie na tyle dobrze, żeby pogadać o porannym stolcu",
- podobnie podchodzić do kwestii robienia zdjęć - bo gdy jedna osoba wciąż się zatrzymuje, by coś uwiecznić, a druga chce szybko lecieć dalej, to nic dobrego z tego nie wyniknie,
- koniecznie dobrać sobie sowę, jeśli lubimy rano dłużej pospać - bo skowronek już o 6.45 będzie ciągnął nas na śniadanie podawane od 7.00,
- koniecznie mieć zbliżony poziom kondycji - to faktor niedoceniany, ale kluczowy, by w efekcie jedna osoba nie była zajeżdżona, a druga sfrustrowana.


3. Dużo czy dokładnie 

Są miejsca, do których na pewno już nie wrócimy, bo są dalekie, drogie i nie do końca "nasze" - jadąc tam, człowiek próbuje więc zwiedzić jak najwięcej, bo ma świadomość, że teraz albo nigdy. Do dziś żałuję, że w Hawanie nie chciało mi się wejść po schodach i zajrzeć do wnętrz Capitolio. Będąc w takich miejscach warto nie dospać, obetrzeć nogi, przesadzić z kawą i pójść wszędzie tam, gdzie chcemy. Bo w przeciwnym razie potem będzie nam żal.

Czasem jednak warto założyć, że życie jeszcze trochę potrwa i że wrócimy w miejsce, które nas zachwyciło. To pozwoli nam porozkoszować się chwilą, zatrzymać w pędzie i NACIESZYĆ tym, co widzimy. Gdy wszyscy wbiegali po kolejnych stopniach muru chińskiego, ja zeszłam z głównego szlaku, usiadłam na kamieniu i myślałam sobie o tym, że jestem w miejscu, o którym czytałam już jako dziecko - na jedynej budowli widocznej z kosmosu. Spędzony tam czas pamiętam do dziś i nie żałuję, że nie pobiegłam dalej.

"Dużo" przy zwiedzaniu jest też niemożliwe, gdy chcemy porobić dobre zdjęcia. Wtedy musimy czekać na odpowiednie światło, spowalnia nas też torba z obiektywami i statyw - który rano waży półtora kilo, ale wieczorem zawsze dwadzieścia. Wyprawa fotograficzna - czy w grupie, czy samodzielna - to hasło, które oznacza jedno: wyjedziemy z fajnymi ujęciami, ale z ogromnym niedosytem miejsc i wrażeń. Cóż: coś za coś.


4. Głównym szlakiem czy bocznymi dróżkami

Pytanie, czy zwiedzić highlighty, czy dotrzeć tam, gdzie nie dotarł żaden Europejczyk, to kolejny dylemat, który trudno jest rozstrzygnąć w sposób jednoznaczny. Ja mam zasadę, by nie pomijać przewodnikowych TOP TEN (dzięki temu zwiedziłam choćby Vasa Museet, które z opisu, mówiącego coś o zbutwiałym statku, nie wydawało mi się szczególnie pociągające), ale jednocześnie zawsze staram się znaleźć jakąś niedocenioną perełkę - jak choćby Muzeum Oum Kalthoum w Kairze, wystawę hologramów w Sztokholmie czy galerię krytyki kościoła w Eichstätt.

Czytam dokładnie opisy w przewodnikach i sprawdzam najważniejsze obiekty w danym mieście, ale dodatkowo mam zasadę, żeby wszędzie wykonać "Plan 7C", czyli zobaczyć:
1. city  / center,
2. church,
3. coffee shop / café,  
4. cemetery,
5. cinema,
6. casino,
7. cab.

Zawsze więc idę do kina na lokalny film (nawet gdy przez trzy godziny słucham tam hindi bez tłumaczenia czy choćby napisów), próbuję lokalnej kawy, zaglądam, jak zachowują się ludzie w świątyniach, idę na cmentarz. Dzięki temu dowiedziałam się, jak żywo na perypetie w bollywoodzkich filmach reaguje nepalska publiczność, a także że w Tajlandii przed seansem puszcza się hymn, przy którym wszyscy wstają, że w Maroku potrafią z kawiarni wyprosić kobietę oraz że w Niemczech można kupić znicz w automacie ustawionym między grobami. 

"Boczne dróżki" to więc dla mnie głównie miejsca nieturystyczne, w których skupia się życie lokalnych społeczności. Tam na pewno warto zboczyć, by nie wrócić z dalekiego kraju z poczuciem, że zobaczyło się misternie przygotowany spektakl przeznaczony wyłącznie dla oczu - i dla sakiewek - turystów. 


5. Atrakcje przez Internet czy na miejscu

Czasem przez Internet można złowić coś taniej (np. bilety na Calypso Show W Bangkoku kupiłam jeszcze w Warszawie za 900 bahtów, a na miejscu w kasie kosztowały one 1200 bahtów), czasem ceny przy takiej rezerwacji wielokrotnie przekraczają te na miejscu. Stuprocentowej reguły nie ma, poza tym, że przy kupowaniu przez Internet i płaceniu kartą kredytową należy zachować wzmożoną ostrożność - i zawsze sprawdzić, czy przed adresem strony jest https://, a nie http://.

Czasem rezerwacja wejściówki przez Internet oszczędzi nam stania w kolejce - tak jest np. w przypadku Wieży Eiffla w Paryżu czy Casa Battlo w Barcelonie. Moje doświadczenie wskazuje jednak na to, by atrakcje - zwłaszcza w krajach pozaeuropejskich - rezerwować raczej już po dotarciu na miejsce i zorientowaniu się, co rzeczywiście warto zobaczyć i jaki jest realny poziom cen. Tak zrobiłam w Bangkoku: w jednej z budek obklejonych plakatami kupiłam na przykład kurs tajskiej kuchni za połowę minimalnej ceny podawanej w Internecie. W turystycznych okolicach jest zwykle masa takich budek i nieprzebrana oferta, którą możemy dostosować do naszego aktualnego samopoczucia i innych planów. Bo wcześniejsza rezerwacja jest zawsze trochę jak kajdanki, które ograniczają naszą spontaniczność.

Reasumując: jeśli chcemy poplanować coś przed wyjazdem, to zajrzyjmy na Viator.com i poszukajmy ofert w Internecie, ale zakupu lepiej jest w większości przypadków dokonać już na miejscu. Choćby po to, by uniknąć efektu kota w worku...


Co podróż, to nowe dylematy. Co człowiek, to inne ich rozstrzygnięcie... A ja tymczasem zapraszam na drugą część refleksji o podróżowaniu: "Bezpiecznie czy z fantazją i inne dylematy podróżnika".


opinie Laurazja, opinie Aslema

1.11.2016

/ŚWIAT/ Trudna sztuka targowania, czyli jak kupić torebkę bez dysonansu pozakupowego


Umiejętność negocjowania cen na bazarach to bezcenny skill, który przydaje się w krajach Azji, Afryki i Karaibów - i pewnie też w wielu innych miejscach, w których niestety jeszcze nie byłam. Jest to sztuka wymagająca cierpliwości, panowania nad mimiką i umiejętności liczenia w pamięci (którą swoją drogą najlepiej ćwiczy się grając w karty). Dobry deal da nam poczucie satysfakcji i pozwoli cieszyć się pamiątkami bez nieprzyjemnego dysonansu pozakupowego i dziury na koncie. Dlatego - zgodnie z zasadą, że trening czyni mistrza - przy najbliższej okazji rzućmy się w wir kolorowego bazaru i z uśmiechem i pewnością siebie wejdźmy w kontakt ze Starymi Wyjadaczami - sprzedawcami, którzy z jednej strony doskonale znają swój fach, ale z drugiej strony też są tylko ludźmi i przy dobrych wibracjach mogą być skłonni do ustępstw. Zwłaszcza, że negocjowanie to dla nich chleb powszedni i bywają nawet nieco rozczarowani, jeśli turysta nie podejmuje tej gry.


I. KRAJE ARABSKIE I TURCJA 

Co kraj to obyczaj, co kraj to inny styl sprzedaży... Są miejsca, w których sprzedawcy krzyczą, machają rękami, uwijają się jak pszczoły, a nawet wybiegają za lokal, by dogonić niedoszłego acz wciąż mającego w ich oczach potencjał klienta. Tak jest w Tunezji, Maroku czy Turcji. Tam w sklepikach i budkach częstowani jesteśmy nawet herbatą czy alkoholem (przy większych negocjacjach), co obrotniejsi właściciele organizują nawet naprędce małe pokazy mody "in house", by pokazać zalety kurtek czy szali w ruchu albo prezentacje kosmetyków połączone z testowaniem.


W Egipcie przy handlowaniu też widać duże cielesne zaangażowanie sprzedawców. Na kairskim bazarze - na którym lepiej nie wchodzić w boczne zaułki - byłam wręcz wciągana za ramię do poszczególnych budek. W jednej nasmarowano mnie olejkiem, po którym dostałam wysypki, w innym pokazywano poważne certyfikaty z pieczęciami potwierdzające jakość pomiętych papirusów, które wyglądały, jakby zrobiono je na bazie papieru toaletowego. Przy zakupie naszyjnika - ewidentnie plastikowego, bo kolor płytek nie występuje w przyrodzie w żadnej zbliżonej postaci - musiałam obejrzeć spektakl, w czasie którego młody Egipcjanin sprytnie machał zapalniczką nad poszczególnymi motywami udowadniając mi, że się nie topią - ergo zrobione są z najwyższej jakości kamieni szlachetnych.

 
Królem bazarów jest oczywiście Grand Bazaar w Stambule. Zajmuje on powierzchnię 30 hektarów, ma 61 ulic z około 3500 sklepikami, a do tego 22 bramy, restauracje i kawiarnie, dwa meczety i cztery fontanny. Aby się tam nie zgubić sfotografowałam bramę, którą wchodziłam i po zakupach poprosiłam jednego ze sprzedawców, by wskazał mi do niej drogę. Hitem sprzedażowym tego niezwykłego miejsca - którego handlowe korzenie sięgają czasów Bizancjum - są kolorowe witrażowe lampki


Drugie niepowtarzalne miejsce to Dubai City of Gold - tradycyjny souk w samym centrum Deiry. Jest to ulica z ponad trzystoma sklepikami zapełnionymi po sufity wyrobami ze złota, srebra i kamieni szlachetnych (podobno ważą one w sumie ponad 10 ton). W czasie spaceru po Gold Souku aż kręci się w głowie od blasku kruszców. A do tego to niezwykłe wzornictwo!



II. DALEKI WSCHÓD

W Tajlandii, Chinach czy Singapurze proces sprzedaży jest mniej gorący, ale za to zawsze towarzyszy mu uśmiech i cierpliwe pokazywanie całego asortymentu. "To nasz najlepiej sprzedający się model sandałów", "Mam też kotka machającego ręką na baterie słoneczne", "Te bluzki dostępne są jeszcze w dziesięciu innych kolorach, pokazać?", "Akurat mamy promocję 3 w cenie 2" (ta promocja obowiązuje notabene w niemal wszystkich sklepach w Singapurze). Dodatkowo uliczki ze straganami w Azji tradycyjnie poprzetykane są standami i wózkami z jedzeniem, owocami i napojami.


Aby najlepiej poczuć klimat azjatyckich targowisk, warto wybrać się do China Town - zwłaszcza tego w Bangkoku. Aż ciężko przejść tam przez zbity tłum poruszający się w różnych kierunkach między sklepikami i straganami. Majtki, tipsy, maski, wachlarze, figurki smoków, kolczyki. Kupić tu można chyba wszystko. Są tam nawet rękawki pończoszane z kolorowymi wzorami, które po nasunięciu na przedramię wyglądają jak wytatuowana skóra. Co ciekawe, pomiędzy sukienkami (prawie) Chanel i kolorowymi torebkami w bangkokskim China Town ukryta jest świątynia buddyjska oblegana od samego rana przez tłumy wiernych. Najwyraźniej modlitwa w niej przynosi pomyślność w interesach. 


 
III. KARAIBY

Całkiem odmienny styl handlowania obowiązuje na Kubie. Tam króluje iście komunistyczne nastawienie, totalna mañana, pełen luz i całkowity brak zainteresowania klientem. Kubański styl sprzedaży jest niejako antytezą stylu arabskiego. Chodzi o to, żeby nie sprzedać, bo to w sumie kłopot. Generalnie w ogóle niedobrze, jeśli coś trzeba zrobić dziś albo już. Sprzedawca cały czas się krząta i coś robi – tyle, że z jakichś powodów nie zbliża to nas wcale do sfinalizowania transakcji. Z drugiej strony pamiątki stamtąd są na tyle oryginalne, że człowiek mimo ewidentnych przeciwności cierpliwie czeka i jest naprawdę szczęśliwy, gdy pokona trudności i uda mu się w końcu coś kupić.


W jednym z hoteli postanowiłam nabyć wisiorek z podobizną Che. Znajdował się on w zamkniętej gablotce ze szkła. Problem był więc duży i nazywał się klucz. Jedna ze sprzedawczyń – ta, której wydawało się, że mówi po angielsku – stwierdziła, że no problem. Od razu włączyła się druga – której nawet nie wydawało się, że mówi po angielsku i ograniczyła się do hiszpańskiego – mówiąc, że klucza nie ma i rozkładając ręce. Obie zniknęły w kanciapie na dobre dziesięć minut. Wróciły z pękiem kluczy i powoli testowały, który pasuje. Strategia niezła, bo podczas czekania wypatrzyłam drugi wisiorek. Udało się, witrynka otwarta! Sprzedawczyni wyłożyła powoli – po jednym – wszystkie wisiorki z witrynki, ja od razu wzięłam te wypatrzone i wyjęłam portmonetkę. Sprawa wydawał się prosta – jeden wisiorek kosztował 3 peso, drugi zaś 2,5, więc zaczęłam odliczać kwotę. W tym czasie sprzedawczyni grzebała w szufladzie, w końcu wyjęła z niej kalkulator i – myląc się tylko raz – wbiła skrupulatnie 3 + 2,5… No cóż, wisiorek z Che będzie już dla mnie zawsze symbolem cierpliwości.


IV. O TARGOWANIU 

Na bazarze rządzą... bazarowi sprzedawcy. Często z małych wiosek, młodzi lub starzy, rzadko wykształceni. Już na wstępie pojawia się więc problem języka. Podstawowe zwroty i liczebniki możemy wykrzykiwać po francusku, niemiecku lub angielsku, od drugiej strony usłyszymy nawet czasem polszczyznę z niezłym akcentem. Ale gdy staje się gorąco i negocjacje dochodzą do finalnej fazy, niezastąpiony - prócz uśmiechu - staje się... kalkulator. Może być ten w komórce. Sprzedawca pisze 100 dinarów, my 10, on 90, my 15... Spotkanie się w połowie drogi to w zasadzie klęska negocjacyjna z naszej strony - mój target to z reguły około 30% wyjściowej ceny. Choć sztywnych reguł nie ma.

Targowanie zacznijmy od uśmiechu i pozdrowienia. Dopiero potem zacznijmy rozmowę o cenie. Gdy dojdziemy do impasu, możemy pozwolić sobie na manewr wyjścia ze sklepu. Wychodzimy powoli, by sprzedawca mógł nas dogonić. Na ulicy kontynuujemy dyskusję - mieszanką języków, na migi lub z kalkulatorem. Na finalizację wracamy do sklepu - ale dopiero po ustaleniu ceny. Można wtedy uścisnąć sobie nawzajem prawicę - choć powinni to robić raczej mężczyźni, a nie kobiety. Płacąc pamiętajmy, że w krajach arabskich lewa ręka jest nieczysta i nie podajemy nią pieniędzy.

Niedawno nauczyłam się strategii "na Polkę". Sprawdza się ona na przykład w Maroku, gdzie jesteśmy dobrze znani - co widać choćby po koszulkach z nazwiskiem Lewandowskiego sprzedawanych na bazarach. Strategia ta polega na odcięciu się od bogatych Niemców i Japończyków i podkreśleniu, że pochodzimy z biedniejszego kraju i że powinny obowiązywać nas skromniejsze ceny.  Nie tracąc rezonu i dumy narodowej podkreślamy mniejszą niż na zachodzie Europy zasobność naszych portfeli. Jest szansa, że choć sprzedawca nadal będzie widział w nas bankomat, to jednak taki trochę mniej wypełniony pieniędzmi.


W czasie targowania obowiązuje twarz pokerzysty - aczkolwiek nie pozbawiona sympatii i uśmiechu. Wystrzegać należy się jednak błysku w oku na widok torebki czy entuzjazmu z powodu zdobień paska. Najgorsze, co może się zdarzyć, to gdy torebkę torebkę, o której właśnie rozmawiamy podkreślając, że szycia nie są równe i że ten rozmiar nie do końca nam odpowiada, chwyta z zachwytem inna turystka. Wtedy w zasadzie jest pozamiatane - popyt wzrasta o 100% i sprzedawca staje się panem sytuacji.

Inna dobra strategia to "wielosztuki". Często łatwiej jest negocjować cenę dla kilku spódnic niż dla jednej. Najpierw bierzemy jedną, targujemy się powoli, dobieramy drugą starając się utrzymać cenę - tyle że już nie za jedną sztukę, a za dwie. Ten sposób wielokrotnie udało mi się z powodzeniem zastosować.

Aby ułatwić sobie negocjacje, warto z góry założyć, ile chcemy maksymalnie zapłacić. Przydatne jest sprawdzenie w Internecie, jaki powinien być poziom cen, zdobycie wiedzy o średnich zarobkach w danym kraju oraz - oczywiście - własna intuicja i rozsądek. Ile dana rzecz kosztuje u nas? Jaka cen byłaby naprawdę OK? Jak bardzo coś chcemy kupić? Oczywiście uwzględniamy też okoliczności - koło hotelu, w miejscowości wypoczynkowej czy tam, gdzie jest dużo turystów z Zachodu może być drożej. Bardzo wygórowane ceny miewają też sprzedawcy obnośni grasujący koło autokarów i pensjonatów.


Bezcenny przy zakupach jest znajomy lokales. Jeśli przypadkiem mamy pod ręką kumpla-tubylca, to z daleka pokazujemy mu, co ma nam kupić i zdajemy się na jego umiejętności - zawsze lepsze od naszych...  

W targowaniu daleko mi do mistrzostwa. Lubię też zresztą sytuacje "win-win", gdy obie strony są zadowolone. Ja, bo kupiłam tanio, sprzedawca, bo negocjowaliśmy w miłej atmosferze i coś na mnie zarobił. W końcu na wyjazdach jesteśmy po trosze ambasadorami naszego kraju, a czasem nawet całej Europy - i jako ambasadorzy powinniśmy zachowywać się z godnością. Choć widziałam lekceważące prychania na towar i opędzanie się od sprzedawców, to sama tego unikam. Jadąc do Tunezji czy Maroka godzę się niejako na zwyczaje panujące w tych krajach - i na ich plusy ujemne i dodatnie.

Dla zmęczonych targowaniem w niemal wszystkich krajach z niego słynących pojawiają się także turystyczne sklepiki "fixed price". W nich przy towarach są etykiety/kartoniki z cenami i bezstresowo można wybrać coś i zapłacić przy kasie dokładnie tyle, ile było napisane. Oczywiście i wybór tam nie taki, i towary nie zawsze dobrej jakości - i w ogóle jakoś szaro i sztucznie. Dlatego lepiej jednak chyba podszkolić się w narodowym sporcie i kupować u małych obrotnych sprzedawców w ich budkach tysiąca i jednego cudu.

 
Co najlepiej udało mi się wytargować i co cieszy mnie do dziś? Biżuteria z nasion i drewniany koliber z Kuby, kosmetyki berberyjskie kupione w Marrakeszu, róże pustyni upolowane w Matmacie, koszulka z moim imieniem i ubrania trekkingowe z Nepalu, ceramika miedziowa i jedwabny szal z Chin, skórzany puf z Sousse, jedwabny dywanik z Turcji... Zawsze staram się też przywieźć jakieś smaki z danego kraju: kawę i jabłkową herbatę ze Stambułu, daktyle i harissę w tubce z Tunisu, rum z Hawany, ras-el-hanout z Meknes.  

W targowanie człowiek się wkręca, drobne sukcesy motywują, a każdy kolejny raz jest prostszy. Potem nawet trochę brakuje mi w Polsce tej elastyczności - sklepy wydają mi się jakieś takie martwe i smutne. Z radością myślę wtedy o kolejnych arabskich wakacjach wśród kolorów, ruchu i zapachów - i zakupów z uśmiechem na twarzy i kalkulatorem w ręku.

Reasumując - zacznijmy się targować zgodnie z zasadą "Just do it": małymi kroczkami spotykajmy się najpierw w pół drogi, a potem cieszmy z coraz większych sukcesów.  Główne zasady:
- przed wyjazdem zróbmy research, co warto kupić i za ile,
- załóżmy sobie w głowie maksymalną kwotę, jaką chcemy zapłacić za wybraną rzecz,
- zaczynajmy pod pozdrowienia i uśmiechu,
- targujmy się znanymi językami, z użyciem gestów i kalkulatora - tak, jak akurat będzie najłatwiej,
- powstrzymajmy się od zachwytów nad towarem, zachowajmy zimną krew - jakby co w kolejnej budce będzie taka sama torebka i na pewno w końcu kupimy to, co chcemy, 
- spróbujmy potargować się o kilka sztuk, a nie o jedną - będzie łatwiej, a przy okazji szybciej zgromadzimy np. szale na prezenty,
- unikajmy miejsc bardzo turystycznych i sklepików koło hoteli,
- dokładnie obejrzyjmy towar przed ostatecznym zakupem - w klitkach na bazarach bywa ciemno i możemy czegoś nie zauważyć,
- nie podawajmy pieniędzy lewą ręką,
- podchodźmy do procesu targowania z radością; gdy nie mamy czasu i ochoty na trwającą z reguły jakiś czas konwersację, idźmy do sklepu "fixed price".

I choć nie zakupami na wyjazdach człowiek żyje, to targowanie będzie fajnym wspomnieniem, a sympatyczny drobiazg z bazaru przywoła w nas uśmiech jeszcze wiele lat po powrocie. Czego Wam i sobie życzę.