Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

1.06.2014

/ŚWIAT/ Filmowe przygotowania do podróży


Przygotowując się do wyjazdów czytam oczywiście książki, przewodniki i artykułu o danym kraju czy mieście. Ale aby nastroić się na wyjazd duchowo i mentalnie, najchętniej oglądam filmy kręcone tam, gdzie jadę. Nawet niekoniecznie po to, by poznać historię czy zawiłości polityczne regionu, bardziej, by posłuchać dźwięku ulic, zobaczyć, jak wygląda ruch na drogach, jak ubierają się ludzie, a nawet jak pada światło – co jest bezcenne na przykład przy planowaniu, kiedy na jaki plener fotograficzny się wybiorę. 

 
Co ciekawe, w filmach czasem jakaś lokalizacja gra zupełnie inną. Najczęstsze jest to oczywiście w scenach rozgrywających się na innych planetach – na przykład tunezyjskie pustynie to Tatooine w „Gwiezdnych Wojnach”, a Nowa Zelandia posłużyła za scenerię „Hobbita” – ale czasem podmianki zastosowano także w przypadku miejsc realnych: Helsinki zagrały Moskwę w „Parku Gorky’ego”, Praga – Wiedeń w „Amadeuszu”, a hiszpański Kadyks – kubańską Hawanę w „Śmierć nadejdzie jutro”. Dlatego w Wikipedii warto dokładnie sprawdzić, co gdzie nakręcono wpisując w wyszukiwarkę „List of films set in…” – i przed wyjazdem właściwym zafundować sobie wycieczkę wirtualną.


Oto kilka filmów, które ostatnio najlepiej pomogły mi poczuć nastrój miejsc bliskich i odległych:


TAJLANDIA
„Niebiańska plaża” ("The Beach", 2000) – jazda bez trzymanki z Leonardo di Caprio przez meandry Tajlandii i ludzkich emocji; w filmie uderza obraz Bangkoku jako miasta hałaśliwego, zatłoczonego i niebezpiecznego skontrastowany z rajskością wysp – nic dziwnego, że dziś na plażę, na której kręcono rajskie sceny, przyjeżdżają nieprzebrane tłumy turystów
„Kac Vegas w Bangkoku” ("The Hangover - Part II", 2011) – niewiarygodne przygody bohaterów szukających śladów nocnych zajść, których nie pamiętają, rozgrywające się we wnętrzach i na ulicach Bangkoku (tych drugich mogłoby być w filmie więcej); dla widza to szansa, by zobaczyć Soy Cowboy i inne czerwone zakątki od wewnątrz i by na własne oczy odkryć tajemnice tajskich Ladyboys; w pamięć na dłużej zapadła mi zabawna scena z małpką pomagającą dealerom
„Ostatnie zlecenie" ("Bangkok Dangerous", 2008) - historia gangsterska ze szczyptą refleksji i romantycznym wątkiem miłosnym; świetne ujęcia nocnego Bangkoku, tętniących życiem ulic - w tym Khao San Road - i innych zakątków miasta: i tych pięknych, i tych mrocznych; rozbawiła mnie scena, w której Nicolas Cage, w tym filmie płatny morderca, poci się od ostrych tajskich potraw i łagodzi wrażenie przegryzając danie liściem limonki


KAMBODŻA
„Pola śmierci" („Killing Fields”, 1984) – epicki klasyk pokazujący przełomowy moment w XX-wiecznej historii kraju; wspaniała gra aktorska i kilka niezapomnianych scen (na przykład ta z podrabianiem zdjęcia do paszportu); reżim Czerwonych Khmerów od kulis; wyjaśnienie zawiłości historii (np. czemu ludność Phnom Penh tak łatwo dała się wysiedlić, co oznacza „rok zero” itp.), których próżno szukać w książkach
„Same Same But Different” (2009) – historia miłosna (z niejednym zwrotem akcji i z dramatycznym wątkiem prostytucji i choroby) na tle Phnom Penh, Bangkoku i Hamburga; świetnie pokazane różnice obyczajowe; plot wiarygodny, bo oparty na faktach opisanych w niemieckiej prasie
„Miasto Duchów” ("City of Ghosts", 2008) – thriller w starym stylu: z wyrazistymi bohaterami, wielowątkowy, zaskakujący; w filmie pokazano fascynujący obraz Phnom Penh, zakulisowych walk politycznych i zabytków kraju; do tego wszystkiego spajająca wątki love story z miłością od pierwszego wejrzenia i Depardieu jako barman-choleryk; w tym filmie też jest zabawna scena z małpką, która kradnie okulary głównemu bohaterowi granemu przez Matta Dillona
„Spragnieni Miłości” ("In the Mood for Love", 2000) – choć większość akcji dzieje się w Chinach, to zapadająca w pamięć scena finałowa tego poetyckiego obrazu rozgrywa się w Angkor Wat: największy zabytek Kambodży pokazany został w niej tak, że od razu chciałoby się tam pojechać; a muzyka z filmu gra mi w głowie do dziś 


TUNEZJA
„Nowa Nadzieja” ("A New Hope", 1977) – Tunezja to must see dla każdego fana „Gwiezdnych Wojen”: dzięki zachowanym na pustyni dekoracjom filmowym sprzed trzydziestu lat w okolicach Matmaty można się poczuć dokładnie, jak na Tatooine; seans „Star Wars” po tym wyjeździe już nigdy nie będzie taki sam
„Angielski pacjent” ("The English Patient", 1996) – historia o miłości z wojną w tle sfilmowana na tunezyjskiej pustyni; ważną rolę odgrywa w niej słynna wydma o charakterystycznym kształcie pozwalająca odróżnić ten fragment Sahary od wielu innych 


KAIR
„W Kairze” ("Cairo Time", 2009) – trójkątna historia miłosna jakich wiele, ale obraz Kairu, jaki rzadko się zdarza – w czasie projekcji można rzeczywiście poczuć charakter tego miasta i zobaczyć rytm jego życia; Nil o zachodzie słońca, sklepiki, bazary – na seansie można się poczuć, jakby było się w egipskiej metropolii – i to bez efektów ubocznych w postaci charakterystycznych dla tego miasta zapachów
„Czasem słońce, czasem deszcz” ("Kabhi Khushi Kabhie Gham", 2001) – z tej jednej z najdroższych bollywoodzkich produkcji najbardziej w pamięci zapadła mi scena tańca bohaterów na tle piramid w Gizie; dzięki wysokiemu budżetowi pokazane w hinduskim obrazie zabytki są prawdziwe, a nie kartonowe 


BERLIN
„Biegnij, Lola, biegnij” ("Run Lola Run", 1998) – w Berlinie nakręcono setki filmów, ale autorzy tego niemieckiego obrazu postanowili, że pokażą mniej znane zaułki miasta, czyli – jak podkreślił producent – „coś więcej niż Kościół Pamięci i Dworzec ZOO”; warto przebiec się z Lolą po ulicach stolicy Niemiec i uśmiechnąć się na widok nieistniejących już marek niemieckich i budki telefonicznej odgrywającej ważną rolę w intrydze, bo film ten jak mało który pokazuje prawdziwe oblicze tego miasta – takie, jakie widzimy, gdy zejdziemy z głównych arterii
„Miłość z przedszkola" ("Keinohrhase”, 2007) – niemiecka komedia romantyczna z etatowym szorstkim amantem Tilem Schweigerem - wbrew dziwnemu tłumaczeniu tytułu (nawiązującemu do miejsca pracy głównej bohaterki) jak najbardziej dla dorosłych i bez zbędnego infantylizmu; ten film to typowy przedstawiciel gatunku wywołujący uśmiech i gwarantujący sympatyczny happy end mimo drobnych komplikacji – a to wszystko na tle ładnie pokazanego Berlina - mieszkań, kafejek, klubów i ulic 


PARYŻ
„Moulin Rouge” (2001) i „O północy w Paryżu” ("Midnight in Paris", 2011) – choć filmy te pokazują miasto, jakiego już nie ma, to doskonale pozwalają nastroić się na jego niezwykły flair oraz na wizyty w kafejkach i kabaretach
„Amelia” ("Le fabuleux destin d'Amélie Poulain", 2001) – tak bajkowa, jak niektóre zakątki Paryża; ten film powoduje, że chodzi się po wąskich uliczkach i patrzy, czy zza któregoś rogu nie wygląda skrzat
„Godziny szczytu 3" ("Rush Hour 3”, 2007) – trochę w LA, trochę w Paryżu i z mnóstwem zwrotów akcji; Polański w roli policjanta – bezcenne


MAROKO
„Magnificent” (2009) – to film bardzo krótki, bo będący videoclipem do jednego z utworów U2; choć tekst jest o miłości, to głównym wizualnym bohaterem tej historii jest starówka w Fezie – z początku ukryta, w potem dokładnie taka, jaka jest w rzeczywistości – czyli „magnificent”
„Pod osłoną nieba” ("The Sheltering Sky", 1990) – film z kolei bardzo długi, z epickim oddechem i malarskimi scenami;  film o tym, czym jest bycie turystą, a czym – prawdziwym podróżnikiem; dzieło momentami prawie nieme, ale za to słowa, które padają w jego finale, zostają w pamięci na zawsze: „Nie wiemy, kiedy nadejdzie śmierć. Traktujemy życie jak studnię bez dna, a przecież wszystko zdarza się tak rzadko. Ile razy przypomnimy sobie to popołudnie z dzieciństwa - tak ważne dla naszego późniejszego życia. Cztery, pięć razy, może nawet mniej. Ile pełni księżyca zobaczymy? Dwadzieścia? A wydaje nam się, że możemy z życia czerpać w nieskończoność...


W Rzymie, Paryżu, Berlinie, Wenecji nakręcono setki filmów – jest więc co oglądać przed kolejnymi podróżami. Inne miasta z różnych powodów, jak na przykład Hawana ze względu na żelazną granicę, nie doczekały się wielu obrazów na srebrny ekran. Ale tak czy owak filmy to niezastąpiony pierwszy krok w wędrówce – zwłaszcza do miejsc egzotycznych, które trudno sobie wyobrazić na podstawie suchych opisów z przewodników.

1.01.2014

/DOLNA BAWARIA/ Słomiane stiuki i rzymskie fałszywki


Barokowe kościoły, średniowieczne zamki, renesansowe krużganki, rzymskie znaleziska - Dolna Bawaria to region pełen skarbów architektury i materialnych świadectw dawnych wieków. Jadąc zaznaczonymi na żółto na mapie wąskimi dróżkami wśród pól i lasów co i raz natrafia się na krągłe kopuły wystające ponad korony drzew czy omszałe mury ukryte za krzakami. Niczym na olejnym landszafcie na tle Alp rysują się żółte mury kapliczek i białe ściany kościółków. Nic tylko jeździć rzemiennym dyszlem i zwiedzać.


Zaczynamy od Burg Trausnitz wznoszącego się nad starówką malowniczego Landshut nad rzeką Isar. Wchodzimy za ceglane mury i trafiamy na... na dziedziniec Wawelu. Żółte renesansowe krużganki do złudzenia przypominają te krakowskie. Tylko turystów mniej. 


Czekając na zwiedzanie, które rozpoczyna się o 11.00 (bilet kosztuje 5,50 euro), podziwiamy ekspresyjną figurę świętego Floriana, który według legendy jednym wiadrem wody ocalił od pożaru całą wioskę, i czytamy prospekty o historii zamku. Ironia dziejów: historię budowli też naznaczył ogień. Burg zbudowano w XII wieku, ale to wiek dwudziesty okazał się dla niego najbardziej pechowy. W 1961 roku wybuchł tu pożar: sprzątaczka zostawiła włączoną grzałkę, od której zajęły się zabytkowe wnętrza. Obiekt odbudowano w latach siedemdziesiątych, ale nie wszystko udało się odtworzyć - na przykład z bogato zdobionych ścian we wnętrzach zostały jedynie fragmenty, resztę murów pobielono.

 
Rozpoczyna się zwiedzanie. Przez godzinę chodzimy po niezwykłych wnętrzach. Fotografować nie wolno, ale w drodze wyjątku przewodniczka pozwala mi utrwalić kaplicę św. Jerzego. Przy okazji mówi ciekawostkę, że jeszcze kilkanaście lat temu urządzano tu śluby i chrzczono dzieci - jako ostatnie jej młodszą siostrę. Moją uwagę przykuwa krzyż. Prócz Jezusa są na nim symbole Ewangelistów - na górze i na końcach krótszych ramion krzyża - oraz głowa Adama, która jako symbol grzechu umieszczona została pod stopami Jezusa. 


Burg skrywa wiele ciekawostek; niektóre z nich trudno byłoby wypatrzyć bez przewodnika - jak choćby sceny z Commedia dell'Arte w sieniach, terakotowe sufity z malarstwem iluzjonistycznym czy ukryte w rogu sali halabardy z XVIII wieku. Wspaniały piec z czarnej ceramiki ozdobiony został alegorycznymi przedstawieniami różnych zmysłów, inny, żeliwny, wyposażono w mechanizm umożliwiający ładowanie go od tyłu przez służbę bez wchodzenia do komnaty. Meble w zamku pochodzą z XVI wieku - wypożyczono je z Włoch, by nadać wnętrzom stylowy klimat. Szczególnie zafascynowała mnie duża szafa, złożona - jak się okazało - ze zdejmowanych skrzyń, które można było zabrać ze sobą w podróż. 

Idziemy dalej do komnat, które urządzał sam Ludwik II Bawarski - planował, że będzie zatrzymywał się w nich w czasie podróży po kraju, ale nigdy tego nie zrobił. Ściany pomieszczeń zdobią gobeliny z XVII wieku - oryginalne dzieła mistrzów flamandzkich przedstawiające sceny z życia Otto von Wittelsbacha.  

Zapowiedziany wcześniej przez przewodniczkę finał zwiedzania jest najbardziej spektakularny. Wchodzimy schodami kilka pięter do góry, by z tej perspektywy podziwiać lekko przymgloną panoramę Landshut. Zachęceni tym widokiem jedziemy na miejską starówkę i pijemy kawę w Cafe Belstner. Jej wiedeńsko-indyjski wystrój nie jest dla nas niczym obcym - w końcu w Polsce niejedna knajpa ma wystrój na przykład egipsko-góralski. 


Kolejny dzień, kolejne warte zobaczenia miejsce. Kościół pod wezwaniem Św. Michaela w Metten. Prócz historycznych budynków i wnętrz utrwalam grudniową anomalię - stokrotki na trawniku. Bryła kościoła jest gotycka i pochodzi w XV wieku, ale wnętrze zbarokizowano w wieku XVIII. Długą nawę główną skrócono wtedy wstawiając w nią ołtarz


Z kościoła przechodzimy do klasztoru, w którym z przewodniczą - egzaltowaną damą 70+ w długiej spódnicy i figlarnym kapeluszu - zwiedzamy zabytkową bibliotekę z XVII wieku (koszt biletu 3 euro). Tu także nie wolno fotografować, robię więc tylko jedno zdjęcie dla pamięci. Choć i bez zdjęcia na pewno zapamiętam to wnętrze, które wśród wszystkich zwiedzających wywołało westchnienie zachwytu. Imponujące zdobienia (w końcu święty Benedykt mówił, że biblioteka powinna być jak ogród) i tyle książek (jest ich w sumie około 10 000), że aż uginają się pod nimi zabytkowe półki, które na szczęście w porę uratowano przed kornikami!


Na suficie tuż przy wejściu po łacinie napisano coś, co niejako zaprzecza ważności zgromadzonych tu ksiąg: "Litera (czyli wiedza) zabija, ale wiara ożywia". A więc do każdej lektury, nawet najstarszej tutejszej książki, czyli wydania pism świętego Augustyna wydrukowanego około roku 1500, trzeba podchodzić z krytycyzmem i bardziej wierzyć Biblii niż pisarzom.

Szafy są z drewna (stąd problemy z kornikami), ale wyglądają jakby były z marmuru. Nad półkami widnieją symbole oznaczające tematykę woluminów - na przykład postać wskazująca palcem na nieboskłon oznacza astronomię. Spod kolumn przyglądają nam się rzeźby. Właśnie, przyglądają - a to dlatego, że domalowano im czarne źrenice, które dramatycznie kontrastują z bielą ich ciał. 

Sztukaterie na suficie są bardzo delikatne. Wykonano je ze słomy pokrytej kalkiem wymieszanym z wodą. Aż dziw, że przetrwały do dziś. Cały czas podnosimy głowy do góry, bo na sklepieniach dużo się tu dzieje. Są na nim na przykład portrety czterech reformatorów, w tym Lutra i Kalwina, oraz sceny przypominające współczesne komiksy: postaci z wypowiedziami zilustrowanymi w postaci dymków przy ich twarzach. 

Po zwiedzaniu w Cafe am Kloster jemy może nie najpyszniejsze, ale za to z pewnością największe ciastka świata...


Będąc w Dolnej Bawarii koniecznie należy pojechać do Passau, lokalnej metropolii, miasta trzech rzek. I na własne oczy zobaczyć miejsce, w którym Inn spotyka się z Dunajem i Ilz. Idziemy promenadą wzdłuż Inn, oglądamy historyczne budynki - w tym teatr miejski - i zdobiące mury filozoficzne graffiti ("Im więcej posiadasz, tym bardziej rzeczy posiadają ciebie"). 


Dochodzimy do cypla, mijając plac zabaw i kolumny z opisami planet układu słonecznego - i dalej idziemy już wzdłuż Dunaju. Przy nabrzeżu stoją statki wycieczkowe, w jednym towarzystwo zasiada do obiadu, dochodzi nas zapach chińskich potraw serwowanych przez ubranych na biało kelnerów. Skręcamy w kierunku Starówki. Mijamy budynki nadszarpnięte tegoroczną powodzią - otwarte garaże jeszcze się suszą, domy straszą zbutwiałymi okiennicami. Na jednym z murów oznaczono (na razie prowizorycznie) poziom wody z czerwca 2013 - wyższy niż kiedykolwiek dotąd.


Od świadectw tragedii uciekamy w kierunku katedry św. Stefana, imienniczki tej z Wiednia. Dobrze, że stoi wyżej - 13 metrów nad poziomem Dunaju - i woda nie zagroziła jej urodzie i stabilności. Jej białe wieże na tle niebieskiego grudniowego nieba aż lśnią, a barokowe wnętrze za każdym razem zachwyca jeszcze bardziej. Zwłaszcza przy dźwiękach organów, które w momencie powstania - czyli w latach dwudziestych XX wieku - były największe na świecie. W finale koncertu kręci się na nich złota gwiazdka - taka, jak w gdańskiej Oliwie. 


Pozostańmy przy skarbach baroku. Jedziemy do Bogen, by zobaczyć kościół klasztorny Oberalteich pod wezwaniem św. Piotra i Pawła. Stajemy na ogromnym, pustym dziś parkingu, i wchodzimy do bajkowego wnętrza z przełomu XVII i XVIII wieku - odbudowanego, jak to często w historii bywało, po ogromnym pożarze, który strawił wcześniejszy obiekt stojący w tym miejscu. 


Nad wnętrzem wiszą ozdoby przypominające hełmy dla kosmitów (z miejscem na czułki). Freski na ścianach przedstawiają mityczną historię powstania klasztoru w VIII wieku. Figlarne amorki trzymają się złotych konstrukcji wisząc prawie w powietrzu. Z tyłu, z kaplicy, spogląda na nas Maria okolona niebieskim stiukiem, który wygląda zupełnie jakby zrobiony był z miękko układającej się tkaniny. 


Z historii nowszej przenosimy się do tej całkiem dawnej, do nieistniejącego już imperium, które nigdy potem już nie kontratakowało. Do Cesarstwa Rzymskiego. W tym celu jedziemy do Straubing, do Gäubodenmuseum, w którym wśród wystaw stałych (dostępnych dla zwiedzających za 4 euro) znajduje się imponująca kolekcja artefaktów z wykopalisk prowadzonych w regionach wokół miasta.  

Zawsze, gdy oglądam oryginalne eksponaty z tamtych czasów, czy to biżuterię, czy maski, czy wazy, zachwyca mnie nie tylko precyzja ich wykonania, lecz i nowoczesność kształtów. Takie wazony czy bransolety tworzą dziś współcześni designerzy inspirujący się progresywnymi trendami. Są o wiele bliższe naszej estetyce niż na przykład suknie czy buty w XVIII i XIX, a nawet początków wieku. Cóż to musiało być za imperium, które już dwa tysiące lat temu zaszło tak daleko - technologicznie, mentalnie, estetycznie.


W pierwszej sali  z półmroku gablot wyłaniają się złote maski militarne - osłony na głowy wojowników (osobne na przód i tył czaszki) i na pyski koni. W podobnej konwencji wykonano też ochraniacze na golenie. 


Dalej pustymi oczodołami patrzą na nas zrekonstruowane maski rytualne. Znaleźliśmy się w sferze sacrum - w której nie mogło zabraknąć też wykonanych z niezwykła precyzją przenośnych figurek bóstw.


W salach poświęconych rzemiosłu oglądamy kielnie, groty strzał, ostrza siekier - w formie podobne do współczesnych, ale wykonane tak, że przetrwały dwadzieścia wieków. Biżuteria, garnki, buty - odtworzone na podstawie źródeł. 


Dalej monety rzymskie. A obok nich - fałszywki z tańszych kruszców. Jest ich cały stos - mimo surowych kar podrabianie srebrnych denarów było w tamtych czasach powszechnym procederem. 


Opieka medyczna w Cesarstwie Rzymskim także zaowocowała wieloma artefaktami, które odnaleźli archeolodzy. Cała duża gablota w muzeum poświęcona została narzędziom dentystycznym. A obok nich ciekawostka - gliniana tabliczka z zapisem zaleceń medycznych dla pacjenta.


Przenosimy się o 2000 lat do przodu. Choć czy na pewno do przodu? Patrzę na felgi samochodów na ulicy, na karoserie, których nikt nie wykopie w takim stanie jak osłony na golenie rzymskich wojowników. Wychodząc z Gäubodenmuseum zadaję sobie może mało oryginalne, ale w pełni zasadne pytanie: co zostanie po naszych czasach?



***

Zapraszam też na filmy: z koncertów bożonarodzeniowych 
i z Gäubodenmuseum w Straubing:


12.30.2013

/BAWARIA/ Gwiazdka z dziką kaczką i grzanym winem



Spór o wyższości Bożego Narodzenia nad Wielkanocą ma dla mnie tylko jedno rozstrzygnięcie - oczywiście na korzyść Gwiazdki. Bo i prezenty, i więcej dni wolnych, i niepowtarzalny nastrój, i "Last Christmas" w sklepach. Inny temat, to czy spędzać Święta w domu, czy na wyjeździe. Od kilku lat atrakcyjniejsza wydaje mi się ta druga opcja - bo choć bez zapachu barszczyku, a od trzech lat także bez śniegu, Święta w Bawarii nie mają sobie równych.

Przede wszystkim z powodu bożonarodzeniowych jarmarków - zwanych tu Weihnachtsmarktami, Christkindlmarktami, a czasem - ze względu na daleko posuniętą poprawność polityczną - nawet Wintermarktami. W tym roku zachwycił mnie mały jarmark w Bad Kötzting, miasteczku w powiecie nomen omen Cham, niecałe 20 kilometrów od granicy z Czechami. "Mały" to pojęcie względne - Weihnachtsmarkt w niemieckim uzdrowisku był bowiem dwa razy większy (i z o dobre kilkaset lat dłuższą tradycją) od tego na Ursynowie i przy dworcu centralnym w Warszawie razem wziętych. I choć na jarmarku w parku Jana Pawła II były renifery, a tu tylko pies zaopatrzony w napis "wszystko mi wolno", to i tak w Bawarii było jakoś tak bardziej świątecznie.


Na Weihnachtsmarkt prowadziła droga zwana "drogą szopek" - w bramach, witrynach sklepów i parkach do przechodniów uśmiechała się Maria, Józef, Trzej Królowie i zwierzaki - w różnych rozmiarach, kolorach, konwencjach. Część sklepów poszła w awangardowe dekoracje wykorzystujące mniej lub bardziej świąteczne motywy. Sztuka strojenia okien - zarówno w domach, jak i w lokalach - to zresztą w Niemczech osobny fascynujący temat zasługujący przynajmniej na obszernego fotobloga.


Jeszcze kilkaset metrów i jesteśmy w królestwie grzanego wina i gorących kiełbasek. Zespół z małej sceny przygrywa na żywo świąteczne country, fani donoszą artystom kubki z Glühweinem - dostępnym tu za 2,20 euro lub o 50 centów drożej w wersji z łykiem rumu. Ludzie stoją przy stolikach, rozmawiają, dzieci kręcą się na karuzeli.


Przechadzam się wśród budek z rozmaitym asortymentem. Są stoiska typowe - z bombkami, świątecznymi ozdobami drewnianymi, skarpetkami, ceramicznymi domkami na świeczki. Ale jedno jest zupełnie inne - takie, jakiego dotąd nigdy nie widziałam: to budka typu Flohmarkt, czyli pchli targ. Stara biżuteria, chińskie puzdereczka, płyty winylowe. I miła pani, która chętnie opowiada historie związane z cackami, które sprzedaje po kilka euro.


Przenosimy się do Passau - ze zwiedzaniem jarmarków bożonarodzeniowych trzeba się śpieszyć, bo większość z nich zamknie swe podwoje 23 grudnia. W dolnobawarskiej metropolii Christkindlmarkt odbywa się w prominentnym miejscu - na placu przed katedrą pod wezwaniem patrona miasta, Św. Stefana. Jak co roku zorganizowany został on z dbałością o szczegóły - w centrum wydarzeń znajduje się mały ryneczek z wiatami i stolikami, przy których można wypić grzane wino (tu za 3 euro w wersji klasycznej i za 3,50 z rumem). 


Małe drewniane budki stoją w różnych rzędach wzdłuż alejek. Kolorowe czapki, deski do krojenia z wypaloną świnką - symbolem szczęścia, świąteczne łakocie. I znów natrafiam na asortyment nietypowy - stoisko z oprawionymi skórami zwierząt. Za 25 euro można na nim kupić narzutę na fotel ze skóry kozy. Obok wybór strojów ludowych z pasującą bielizną. Dalej kolejne zaskakujące odkrycie: zawsze myślałam, że zapiekanka to rdzennie polski wynalazek, a tu niespodzianka - w Bawarii też można nabyć bułę z serem.


Finał tegorocznej rundki po świątecznych jarmarkach - lotnisko w Monachium i hałaśliwy oraz zatłoczony do niemożliwości Wintermarkt na placu między terminalem I a II. Nad nim elementy nowoczesnej konstrukcji i ogromne zdjęcie pracowników MUC w strojach ludowych, a w centrum - lodowisko plus tor do gry w bobsleye. Duch świąt jakoś mniej jest tu obecny, bardziej daje się za to odczuć wielkomiejski pośpiech. W czarnym namiocie z napisem "Frohe Botschaft" kupuję najdroższe w tym roku grzane wino - za 4 euro. Piję je w ścisku, międzynarodowym tłumie, hałasie i aromacie dań azjatyckich z pobliskiej budki. Jednak na lotnisko trudno jest przywołać świąteczny nastrój, kolorowe światełka i plastikowe Mikołaje niewiele tu pomogą...


Ale nie samymi jarmarkami człowiek w okresie przedświątecznym żyje. Piękna pogoda i górzyste otoczenie miejscowości Bernried, w której znajduje się nasz hotel, zachęcają do wycieczek. Prócz gór, drzew i pasących się owiec oraz malowniczych widoków - które udaje mi się utrwalić o wschodzie słońca, bo ze względu na inną geograficzną strefę czasową, wystarczy wstać o 8 rano, by złapać piękne światło magic hour - każdego dnia odkrywamy inne ciekawostki. 


A więc na przykład cmentarz. Już sam w sobie inny niż te typowe dla Polski: równe, podobne do siebie groby z misternie skomponowaną zielenią. Skromne tablice, czasem o nietypowym wzornictwie. I ciekawostka - automat, w którym można kupić wkłady do zniczy. Dalej inne miejsce pamięci - typowe wyłącznie dla tego regionu Bawarii: tablice z krótkimi epitafiami upamiętniającymi zmarłych. Nie są to groby - szczątki zmarłych chowane są na cmentarzu, a tutaj jedynie składa się hołd życiu mieszkańców miasteczka. 


Z krótkich rymowanych czterowierszy wyłaniają się życiorysy ludzi, którzy ciężko pracowali. W wolnym tłumaczeniu: 

"Niejeden dom dzięki tobie powstał
dla naszej wioski.
Odpoczynek więc znajdź w niebiosach
od doczesnej troski."

"W życiu swym doczesnym
znałeś tylko pracę i trud.
Dałeś tak wiele innym,
nich wynagrodzi ci Bóg."

Spacer w drugim kierunku - szlakiem 2 z Bernried. Schodzimy w dół z miasteczka. Mijamy pojemniki na śmieci z wyznaczonymi "godzinami użytkowania" i automat z papierosami zaopatrzony w zmyślny system czytników dowodów i kart kredytowych zapobiegający nabywaniu tytoniu przez nieletnich.Wchodzimy na chwile do kościółka, w którym nowoczesność miesza się z tradycją: zamiast tradycyjnych świeczek wotywnych przygotowano tu elektryczne lampki, które wstawia się w specjalne wtyki, a w książkach z pieśniami religijnymi zamieszczono copyrighty pod wszystkimi tekstami.


Jeszcze kilka kroków wąską ścieżką i natrafiamy na... małe muzeum pod gołym niebem. Jest to nieogrodzony skansen gromadzący tradycyjne maszyny rolnicze i narzędzia rzemieślnicze - bez kasy i godzin zwiedzania, stworzony i utrzymywany tak po prostu dla przyjemności wędrowców i mieszkańców miasteczka. Szlifierki, dłuta kamieniarskie, silniki - prawdziwa historia techniki, jeszcze z kroplami ludzkiego potu na uchwytach i lekką rdzą na elementach metalowych. Zapis pracy ludzkiej i zmagań z naturą. Eksponatów jest całkiem sporo. Moją uwagę przykuwa duże wahadło z podwoziem służące do usuwania ciężkich głazów z pól.


Po spacerze jedziemy do Deggendorf. Po drodze, przy tankowaniu, natrafiamy na kolejny dowód ludzkiej inwencji. Właściciel stacji benzynowej w Innenstetten zainstalował nad dystrybutorami automat na sznurek. Na jednej z płaszczyzn obrotowego prostopadłościanu widnieje informacja, że można płacić w kasie lub kartą, na innej - że tylko kartą w terminalu. W zależności od tego, czy małe biuro przy stacji jest w danym dniu otwarte, pracownik ustawia moduł informacyjny w odpowiednim położeniu za pomocą jednego ruchu sznurkiem. 


W Deggendorfie po jarmarku świątecznym zostały już tylko puste budki. Jest Wigilia, sklepy otwarte były jedynie do południa. Parkujemy więc za darmo - miasto zasponsorowało w niehandlowe dni darmowy wjazd na podziemny parking umieszczony pod rynkiem. 


Snujemy się po pustych niemal ulicach. Tu choinka, tam opakowany świątecznie salon optyczny, ówdzie piłkarskie graffiti z Bobem Marleyem. I mała niespodzianka - pomnik świni. Sympatyczne zwierzątko, będące w Niemczech - jak wspominałam - symbolem szczęścia, zostało ufundowane w roku 2001 przez prywatnego inwestora ku radości mieszkańców i jako upamiętnienie dziejów uliczki, która niegdyś nazwana była właśnie na cześć hodowlanego przyjaciela człowieka. Dziś ulica nazywa się zupełnie inaczej, ale uśmiechnięty prosiak przypomina o jej historii.


Pora na nasz ulubiony popołudniowy bawarski rytuał - kąpiele termalne. Masaże wodne, sauna, rzeka, morskie fale - tutejsze pływalnie to opcja na wiele godzin wszelakich rozkoszy. Najpierw testujemy Johannesbad w Bad Füssing. 12,50 euro w opcji z kąpielami siarkowymi, bez limitu czasu. Ogromny basen pod gołym niebem, rzeka z zachodem słońca w tle, ciepłe i gorące wody o dobroczynnym działaniu. Druga opcja na naszym świątecznym wyjeździe to termy w Bad Griesbach. 14 euro za cztery godziny na pływalni i w saunie. W jednym z basenów umieszczono dysze do masażu. Każda z nich jest na innej wysokości. Co kilka minut ciśnienie wody słabnie i wtedy - zgodnie z wywieszoną instrukcją - rządek ludzi przesuwa się o jedno miejsce w lewo. Jest 17.00, właśnie zaczyna się aqua aerobic. A w saunie obsługa dolewa olejki zapachowe - w jednej cytrusowy, w drugiej leśny, w trzeciej mentolowy. Dla ochłody po poceniu się w 60, 75 lub 90 stopniach można wyjść na golasa na specjalny taras i poleżeć na bujanym leżaku. Albo zażyć przyjemności bąbelkowej kąpieli w jacuzzi - też pod gołym niebem.


Nadchodzi wieczór. Wigilia. Gwizdy już lśnią na czystym niebie. Sala o myśliwskim wystroju czeka już na gości. W zeszłym roku jako główny posiłek na wieczerzy podano nam kurczaka, w tym roku - dziką kaczkę. Dań w sumie było sześć - a więc zaliczyliśmy połowę polskiej tradycji. Jako jedyni mieliśmy też opłatek. Za to obdarowywanie się i tu nie wychodzi z mody - po jedzeniu, które spożywamy w nastrojowym półmroku przy dźwiękach bawarskiego grajka, "one man orchestra" z ochrypłym głosem i keyboardem - Niemcy wyciągają podarki. Obok nas przy stoliku rozgrywa się zabawna scena - chłopak daje dziewczynie pierścionek zaręczynowy, a ona jemu - najwyraźniej nie spodziewając się takiego gestu z jego strony - kraciaste kapcie. 


Po wieczerzy ludzie jadą na pasterki do okolicznych kościołów. Nie we wszystkich zaczynają się one o północy, w niektórych o 22.00 czy 23.00. Na koniec tradycyjnych mszy ludzie zgodnie z lokalnym zwyczajem śpiewają w oświetlonym świecami kościele najpiękniejszą chyba kolędę - "Cichą noc". "Stille Nacht, helige Nacht..."





***
Zapraszam też na film o jarmarkach świątecznych:

i o innych bawarskich atrakcjach:

***
Trasa:
Źródło: Google Maps; kliknij, aby powiększyć mapkę