Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

11.04.2012

/BAWARIA/ Bawarska jesień


W Warszawie deszcz i ziąb... Złota polska jesień przeniosła się najwyraźniej za naszą zachodnią granicę - do Bawarii, a konkretnie do Oberbayern, czyli Górnej Bawarii. To miejsce jest chyba rzeczywiście szczególnie upodobane przez Pana Boga - choć już listopad, tu słońce nagrzewa zieleniąca się jeszcze trawę i złote liście do niewiarygodnych dwudziestu stopni. Kot wygrzewa się na masce naszej Kugi, krowa uśmiecha się do kamery, a ustrojone na paradę konie dumnie prezentują kokardki na ogonach.




Z Bawarią nieodłącznie kojarzy mi się pozdrowienie, które używane jest też zresztą powszechnie w Austrii i innych katolickich rejonach krajów niemieckojęzycznych - szczególnie zaś właśnie tu, na południu. "Grüß Gott", czyli "Pochwalony". Tak tradycyjnie pozdrawiają się starsze osoby. Ale nie tylko. Nas w ten sposób przywitał przy wsiadaniu na pokład samolotu Lufthansy sympatyczny młody steward. Pewnie dlatego, że tym razem jadąc do Oberbayern nie zapomnieliśmy wziąć ze sobą elementów ludowych - w końcu z szarotką na klapie w bawarskich miasteczkach wygląda się znacznie mniej  turystycznie niż bez niej. Dzień później usłyszałam to pozdrowienie również w najbardziej chyba groteskowej z możliwych sytuacji. W saunie parowej w Bad Endorf siedzi pięcioro golasów płci obojga wdychając olejek eteryczny o zapachu leśnym. Wchodzi szósty - też goły jak święty turecki, bo do Dampfbadu nie bierze się nawet ręcznika - i wita nas uprzejmym... "Grüß Gott" właśnie. Cóż, może ma to swoje uzasadnienie: w końcu wszyscy siedzimy w saunie właśnie tak, jak stworzył nas Pan Bóg (i - jak żartobliwie dodaje Tytan Popu - uformował McDonald's)...


Sauna to doskonałe miejsce na jesienny wieczór. Ta przy termach w Bad Endorf jest jedną z moich ulubionych. To uzdrowisko ma się czym poszczycić - jak informuje tablica przy wejściu tutejsze źródła solankowo-jodowe są jednymi z najbardziej nasyconych dobroczynnymi pierwiastkami w Europie. Miło jest kurować się w dwóch jacuzzi, rwącej sztucznej rzece oraz w pięknie podświetlanych basenach w hali i pod gołym niebem; woda ma temperaturę 34 stopni, więc nawet w listopadzie nie brakuje chętnych do oglądania gwiazd przy masujących dyszach. Saun też jest tu co niemiara. Prócz tradycyjnej fińskiej, parowej i ziołowej znajduje się tu sauna ziemna - w chatce, do której trzeba na golasa przebiec po trawniku - i sauna ze światłem podczerwonym, w której można ukoić mięśnie przy muzyce klasycznej. Dla miłośników nagich kąpieli jest mały basen - też bezpośrednio pod rozgwieżdżonym niebem. Z lokalnych ciekawostek - o konieczności wzięcia prysznica przed wejściem do wód termalnych przypomina żartobliwy plakat z "checklistą", co należy umyć.




W listopadowy wieczór sauna pęka w szwach. Ludzie w każdym wieku, galeria mniej lub bardziej fantazyjnych tatuaży. Pary wmasowują w siebie nawzajem balsamy, co odważniejsi wskakują nagrzani do minibsenu z zimną wodą. Nikt nie myśli o swych nieokrytych niczym niedoskonałościach. No może do momentu - a moment taki zdarza się zawsze - gdy do sauny wchodzi jakaś bogini (wbrew rozpowszechnianym poglądom istnieją one w naturze, bez fotoszopa). Gdy taka bogini przekracza próg sauny, panie się kulą, a panowie wyprężają torsy.


Sauna to oczywiście nie jedyna atrakcja uprzyjemniająca jesienny urlop w Oberbayern. Natura mieni się paletą ciepłych barw, więc nawet przejażdżka samochodem jest niezwykłym przeżyciem estetycznym. A co dopiero spacer! Wjeżdżamy wyciągiem krzesełkowym na Hochries - dziś tylko do pierwszej stacji, bo na szczycie szaleje fen. Ta góra to prawdziwa mekka downhillowców. Jako spacerowicze jesteśmy w
zdecydowanej  mniejszości - 90% korzystających z transportu w górę to opatuleni kosmici w ochraniaczach i kaskach ze swoimi ubłoconymi rowerami. Meta zjazdu jest szczególnie ekscytująca - wypada pośrodku parkingu, więc właściciele co lepszych aut ustawiają je z dala od bramki, choć muszą przez to iść dalej do kolejki. 




Idziemy ze stacji pośredniej pod górkę: pogoda piękna, ale rzeczywiście zdrowo wieje. Krótki przystanek przy kapliczce, fotka na skale. Aż kręci się w głowie od nadmiaru świeżego powietrza. W drodze powrotnej zupa i piwo w urokliwym schronisku na Moserboden Alp. I jedziemy dalej.




Jadąc samochodem, zwłaszcza po zmroku, warto prócz pilota mieć w aucie wypatrywacza dziczyzny. Lisy i sarny hulają o tej porze szczególnie żwawo i przebiegają na ślepo drogi w najmniej oczekiwanym momencie. Znaki ostrzegające przed zwierzyną trzeba traktować bardzo poważnie - i najlepiej zwolnić mimo bardzo liberalnych ograniczeń prędkości. Po zmroku po obu stronach szosy rozbłyskują w reflektorach dodatkowe niebieskie odblaski umieszczone po zewnętrznych stronach słupków. Mają odstraszać zwierzaki od nieprzemyślanych przebieżek. Nie są niestety w 100% skuteczne - nam w ciągu kilku dni drogę przebiegł zarówno lis, jak i jeleń. 


Dziczyzna to prócz żywej ozdoby Bawarii również lubiany przysmak. O smakowitościach tradycyjnej kuchni tego regionu mogłabym pisać długo i kwieciście. Ale wspomnę tylko o highlightach: wołowinie w sosie  z gorgonzoli, przysmaku Gasthofu
Höß w Bad Feilnbach oraz szpinakowych knedlach w "Schneiderwirt" w Nußdorf am Inn. Ze ścian spoglądały na nas poroża, z kuchni dobiegały zapachy smażonej cebulki, w uszach mieszał się gwar rozmów, piwa zgrabnym ruchem nalewały kelnerki w tradycyjnych bawarskich strojach ludowych, a my rozkoszowaliśmy się smakiem tych po trosze tradycyjnych, a po trosze innowacyjnych potraw.




Wróćmy do spacerów. Trudno wyobrazić sobie piękniejszy widok niż Chiemsee o zachodzie słońca. Pomost, z którego widać mieniącą się taflę jeziora i przeglądające się w niej Alpy. Koloryt z minuty na minutę coraz bardziej podchodzący czerwienią... I delikatnie przełamana szumem jesiennych liści cisza dodająca powagi i zadumy temu miejscu.




Cisza to też sprzymierzeniec w kontemplowaniu pereł architektury sakralnej, których w Bawarii jest co niemiara. W samym tylko Altötting stojąc na Kapellplatz z jednej strony ma się kościół katolicki, z drugiej ewangelicki, a po środku kaplicę skrywającą obraz słynącej z cudów Czarnej Madonny (którego niestety nie wolno fotografować). Kaplica ta - zbudowana między XVIII a X wiekiem - jest jednym z najbardziej uczęszczanych miejsc pielgrzymek w Europie. Ściany zewnętrzne szczelnie przykryte są obrazami wotywnymi namalowanymi przez wiernych w podziękowaniu za cuda.




To zaiste niezwykła galeria - obok niewprawnego malunku przedstawiającego cudowne ozdrowienie wisi przykurzona scena wojenna. Podziękowaniu za uratowanie życia przejechanemu przez furmankę dziecku sporządzonemu w latach trzydziestych towarzyszy bliźniacze niemal podziękowanie z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku - tyle że na obrazku zamiast fury jest traktor. Chodząc wokół kaplicy poznajemy tysiące losów ludzkich.




Inna ciekawa budowla sakralna tego regionu to Kirche St. Johan Baptist und Heiligkreuz w Westerndorf am Wasen. Ma nietypowy dla budowli barokowych okrągły kształt zwieńczony czarną kopułą o kształcie główki cebuli. To zbudowane w XVII wieku cudo zwraca uwagę w krajobrazie swym nieco orientalnym wyglądem. Wokół kościoła jest cmentarz z charakterystycznymi dla Niemiec wypielęgnowanymi grobami ziemnymi. Niektóre z nich wyglądają niczym małe ogródki japońskie. Kaplica otwarta - w środku dramatyczny kontrast jasnych ścian i czarnych elementów wystroju - a do tego nowoczesny żyrandol potęgujący wrażenie intrygującej niespójności wnętrza.




Trzecie odkrycie listopadowego urlopu w Oberbayern to nie sama budowla sakralna, lecz znajdujący się w jej pobliżu historyczny agregat chłodniczy. Po wyjściu z kościoła parafialnego pod wezwaniem świętych Marinusa i Anianusa w Rott am Inn, na pobliskim murze można podziwiać wystawiony w szklanej gablocie wynalazek Carla von Linde wyprodukowany w jego fabryce na początku XX wieku. Robi wrażenie - szczególnie swymi imponującymi rozmiarami. 




Z ciekawostek, o których nie piszą w przewodnikach, wspomnę jeszcze o jednej. To niepozorna brama w  Mühldorf, historycznym miasteczku nad rzeką Inn. Ktoś stworzył tam prawdziwą galerię osobliwości - z chodnika wyrasta grób psa, na ścianie lśni szklana Myszka Miki, nieopodal kręci się młynek modlitewny.  




Żuraw z metalu dziobie bruk, łeb byka łypie ze ściany, a z kranu pod czerwoną diabelską maską można napić się wody. Mikroświat cudów na kilku metrach kwadratowych podwórka.




Pisząc o Mühldorf nie sposób wspomnieć jego ładniejszego brata - Wasserburga. On też leży nad rzeką Inn - a nawet NA rzece Inn, na półwyspie połączonym z lądem wąskim paskiem gruntu. Miasteczko to można w całości ogarnąć wzrokiem z punktu widokowego, warto też wejść przez historyczną bramę i pobłądzić między kolorowymi domami. W jednym z nich skrywa się sklep ze stoma gatunkami kaw i czekoladkami z całego świata, w innym - kawiarnia Obermaier, w której serwują pyszne capuccino.




 

Trzecia perełka tej okolicy to Neubeuern, które w roku 1981 wygrało konkurs na najpiękniejszą wioskę w Niemczech. Nietrudno zgadnąć, dlaczego - ściany niemal wszystkich tutejszych domów zdobią kolorowe malunki iluzjonistyczne (tak zwane Luftmalerei), które nadają temu miejscu iście bajkowego flairu. Z daleka obrazki wydają się trójwymiarowe, z bliska zachwycają dbałością o detale. Warto po schodkach wejść na górujący nad osadą zamek z XII wieku i podziwiać widok na idylliczną okolicę. 
 

Co jakiś czas we wsi organizowany jest targ. Kolorowe stragany wypełniają szczelnie uliczki - konkurując z malowidłami. W jednej budce można kupić trzydzieści rodzajów musztard, w innej kapelusiki ludowe, w kolejnej ubrania z Indii, w dalszej ozdoby wycinane z drewna. Sól z Himalajów, miody z Bawarii, plecione koszyki. Czego tu nie ma! Szkoda, że ludowy pas pięknie uwydatniający talię to koszt aż 70 euro... Ale małą przypinkę z szarotką można kupić już za 2,50. 



Aż trudno uwierzyć, że gdzieś może być więcej barw, wrażeń i gości niż na tym niezwykłym bazarze. A jednak. Leonhardiritt to wydarzenie, które nie sposób opisać słowami, a nawet oddać na zdjęciach. Ta doroczna parada koni połączona z procesją i mszą polową odbywa się w różnych zakątkach Bawarii od połowy XV wieku w okolicach 6 listopada, dnia świętego Leonharda von Limoges, patrona między innymi rolników, kowali i górników. 




Jedziemy do Lippertskirchen. Parkujemy na zorganizowanym specjalnie parkingu, z aut wysiadają już ubrani po bawarsku panowie i dziewczyny w tradycyjnych sukienkach. W kierunku kościoła jadą przystrojone wozy, konie machają ogonami z kokardkami. Najpierw odprawiana jest uroczysta msza polowa, potem cały ogromny orszak na 50 wozów poprzetykany amazonkami na błyszczących koniach trzykrotnie objeżdża trasę procesji. Na co którejś furze przygrywa orkiestra, czwórka kasztanek ciągnie święty obraz, za nią na innym wozie jedzie miniatura tutejszego kościoła. Nastrój uroczysty; w uczestnikach spektaklu widać radość uczestniczenia w tak starym obyczaju. Konie trochę się denerwują, nawet ksiądz ostrzega przed zbytnim zbliżaniem się do zwierząt. Mimo kilku niesubordynacji nieparzystokopytnych orszak sprawnie posuwa się do przodu.




Jesienne dni w Oberbayern okraszone ciepłym słońcem minęły jak z bicza trzasnął. Lotnisko w Monachium, piąta rano. Na ławkach śpią podróżni. Flughafen München budzi się z nocnego snu. Obsługa uruchamia maszyny do automatycznego baggage drop offu - w sierpniu jeszcze ich tu nie było. Wylatuję z żalem... Przylatując tu bardziej czułam się, jakbym wracała do Bawarii, niż do niej przyjeżdżała.   

 

 


ZAPRASZAM TEŻ NA MOJE FILMY O ATRAKCJACH BAWARII:








10.14.2012

/BRUKSELA/ O wyższości sikającego chłopca nad sikającą dziewczynką

Manneken Pis i Jeanneke Pis to dwa symbole Brukseli. Jednak jak to w patriarchalnym świecie bywa koło sikającego chłopca kłębią się tłumy turystów, a dziewczynka siusia samotnie w bocznej uliczce. Chłopczyk z brązu ma kilkaset ubranek, osławiony jest w licznych legendach i utrwalony na kilogramach gadżetów. A dziewczynie trochę uwagi poświęcają głównie podchmieleni goście pobliskiego pubu Delirium.


Jak podaje Wikipedia, jedna z legend mówi, że gdy w XIV wieku najeźdźcy chcieli zdobyć miasto i podłożyli w murach materiały wybuchowe, mały chłopiec imieniem Juliaanske odkrył miejsce, gdzie miał nastąpić wybuch i oddał mocz na palący się lont, czym uratował miasto. Ta historia wydaje się prawdopodobna, bo Manneken Pis jest czczony niczym bohater narodowy - a przynajmniej niczym genialny marketingowy pomysł na promocję miasta. Mierząca 61 centymetrów figura z brązu stojąca tu od 1965 roku (jej poprzedniczki - najstarsza z 1619 roku - zostały skradzione) jest przebierana kilka razy w tygodniu - zbiór jej ponad 700 strojów można obejrzeć w muzeum miejskim. Nie ma rogu ulicy czy sklepu, w którym w jakiejś formie nie byłaby obecna - a to jako plastikowy olbrzymek trzymający w jednej ręce siusiaka, a w drugiej gofra lub sikający do kufla z piwem, a to jako czekoladowa figurka w różnych wersjach smakowych i kolorystycznych, a to jako korkociąg, otwieracz do piwa, nadruk na koszulce, kurzołap na półkę czy fontanna do ogrodu. 


Losy Jeanneke Pis to zupełnie inna historia. Dziewczynka jest dużo młodsza od chłopca - pojawiła się w mieście w roku 1987, by zwracać uwagę turystów na część brukselskiej starówki zlokalizowaną w pobliżu ulicy Beenhouwersstraat, na której obok siebie jest pewnie z pięćdziesiąt restauracji i ze stu naganiaczy zachęcających gości do wybrania ich przybytku. O ile do chłopca prowadzą liczne drogowskazy, o tyle dziewczynkę odkryć jest niełatwo. Krążymy po Beenhouwersstraat próbując nie dać się zaciągnąć naganiaczom na lunch - a to wymawiając się, że już jadłyśmy, a to obiecując, że przyjdziemy za godzinę. Zaglądamy w boczne uliczki nie wiedząc dokładnie, czego szukamy. Trud się opłaca - zupełnie przypadkiem odkrywamy Pub Delirium, który i tak chciałyśmy odwiedzić. Ciekawy lokal - w karcie nie ma ani jednej przekąski, widnieje w niej za to z trzydzieści gatunków piwa. Nad barem lśnią krany, zastanawiamy się, czy od strony barmana są jakieś opisy, czy też opanował już wiedzę tajemną, skąd wypływa Kasteel Rouge, a skąd Delirium Tremens. Ja biorę to drugie - nie tylko nazwę ma fajną, ale i smak przedni - nic dziwnego, że w 2008 roku otrzymało na zwodach w Chicago tytuł najlepszego piwa świata.


Po piwie o dziwo jakoś łatwiej wypatrzyć dziewczynkę za kratami chroniącymi ją przed wandalizmem. Niestety przez kraty trudno zrobić zdjęcie, ale mamy satysfakcję, że udało nam się zobaczyć ten mniej znany i nieco dziwaczny symbol Brukseli.


Bruksela. Z jednej strony miasto czekolady, wafli belgijskich (dostępnych w dobrych dwudziestu wariantach - z bitą śmietaną, różnymi owocami, polewami i posypkami), koronek i piwa (ponoć w Belgii produkuje się ponad 600 gatunków tego napoju), a przede wszystkim wszechobecnej muzyki (rozbrzmiewa ona wszędzie - na dworcach, w metrze, w przejściach podziemnych i nadziemnych, w sklepach), z drugiej zaś brudu, chaosu, wypadków komunikacyjnych i zapachu... na zapach spuśćmy zasłonę milczenia. W każdym razie zazdroszczę Agnieszce, że ma katar i zatkany nos. Nie bez kozery ścianę kościoła św. Katarzyny zdobi pisuar, a symbolem miasta są sikające rzeźby.


Lot do Brukseli w teorii krótki i bezproblemowy. Wprawdzie z Modlina, ale za 12 złotych można z Dworca Gdańskiego wygodnie dojechać w niecałą godzinę na to nowe podwarszawskie lotnisko - 12 stacji kolejką KM9 do Nasielska, a potem autobusem. Co ciekawe, miasteczko Modlin dostrzegło już nowe opcje biznesowe - przy dworcu kolejowym powstał pensjonat typu Bed&Breakfast, a na pobliskiej rozwalającej się chałupie wisi reklama szybkich dojazdów do lotniska. Koszt biletu Wizzairem 200 zł w dwie strony, oczywiście plus opłata za przelew i drakońskie obostrzenia bagażowe. Wizzairowy standard.


Niestety po dotarciu na lotnisko okazuje się, że lot mamy nie o 18.30, tylko o 22.00 i nie do Charleroi, tylko do Liege... Jak przekonamy się później na własnej skórze, w Charleroi rzeczywiście na noc zwijają asfalt i nijak nie można dostać się do centrum Brukseli. Dobrze, że na Lotnisku Modlin udaje nam się dopaść jeden z nielicznych stolików, bo większość pasażerów - a czeka ich cały tłum, bo przez mgłę sporo lotów się poopóźniało - koczuje przy i na grzejnikach. Za kontrolą celną niewiele lepiej - jeden barek z kosmicznymi cenami plus dwa sklepy wolnocłowe (grupa docelowa: szczupli bez bagażu; na to przynajmniej wskazuje szerokość przejść między regałami). 

O 24.00 lądujemy w Liege. Na lotnisku dyskoteka, odświętnie ubrani ludzie - albo to jakaś odlotowa impreza firmowa, albo wesele. Wizzair oczywiście tradycyjnie gwarantuje absolutne minimum: zamiast dowieźć nas 90 km do Brukseli podstawia autokary, które wiozą nas 85 km do Charleroi oddalonego 50 km od Brukseli... Szybka akcja: jest po 1:00  w nocy, następny autobus z Charleroi do stolicy odjeżdża o 8:30, więc dopadamy mówiącego trochę po angielsku Pakistańczyka, negocjujemy cenę za taksówkę, dobieramy dwoje podobnie jak my zdesperowanych i zmęczonych pasażerów i za 30 euro od łebka, w zdezelowanym i śmierdzącym citroenie jedziemy bez taksometru do Brukseli. 

Niestety to jeszcze nie koniec wrażeń. Nasz kierowca nastawiony jest wyłącznie na półlegalne interesy bez rachunku i taksometru, wysadza nas więc na jakimś dworcu dobre kilka kilometrów od hotelu i odmawia dalszej jazdy. Błąkamy się więc po szmulkopodobnych ulicach między kupkami śmieci szukając taksówki. Pierwszy złapany kierowca mówi z wyrzutem "Przecież jem!"; faktycznie ma w ręku kanapkę. Drugi siedzi z jakimś podejrzanym kumplem w taksie, więc nie mamy odwagi wsiąść. Do trzech razy sztuka. Miły imigrant z obrączką i czystym samochodem dowozi nas do dzielnicy europejskiej. O 3 w nocy padamy na grzesznie miękkie materace w naszym pięknym dużym apartamencie z widokiem na budynek Komisji Europejskiej.


Niebo sika, Manneken Pis sika, Jeanneke Pis sika. Pierwszy dzień w Brukseli jest deszczowy, co ma swoje plusy - nie czujemy się winne wchodząc co chwila do kawiarni a to na kawkę, a to na wafla albo do sklepu z czekoladą czy koronkami. Dwie miłe Polki - właścicielki butiku przy Grand Place - tłumaczą nam różnicę między koronkami robionymi ręcznie a tymi szytymi maszynowo z kawałków taśmy. Prezentują też frywolne ubiory na butelki z winem, haftowane kołnierzyki, koronkowe zakładki do książek i bardzo popularne tu wisiorki z oprawionymi koronkowymi monogramami. W butikach z czekoladkami pachnie tak pięknie, że aż cieknie ślina - do ciasteczek z czekoladą, truskawek w czekoladzie, czekoladowych pralin z oliwkami w środku, trufli w czekoladzie, figurek z czekolady, czekoladowego granulatu do napoju... Asortyment cudów większy niż w amsterdamskich sex shopach. Jakby nie było nam dość degustacji w sklepach z łakociami, idziemy do kawiarenki typowego belgijskiego wafla. Je też można kupić i zjeść tu wszędzie - w kafejkach stacjonarnie, w budkach - na wynos; sprzedawane są nawet w systemie obwoźnym - prosto z furgonetek


Podziwiamy Grand Place - o tej porze roku nie zdobi go już dywan z kwiatów (możemy zobaczyć go jedynie w wersji plastikowej w Minieuropie), ale i tak jest przepiękny. Z jednej strony spogląda na nas gotycki ratusz z XV wieku, z drugiej Dom Króla - okazała rezydencja zbudowana w latach 1504-1536 z polecenia Księcia Brabancji jako symbol jego panowania; jak podają źródła, nie bez powodu zlokalizowana została ona naprzeciw okazałego ratusza - jej zadaniem było umniejszyć znaczenie budynku miejskich władz.

 
Mimo deszczu tłumy turystów przechadzają się po placu. Kawiarenki kuszą suchym - acz lekko brudnawym - wnętrzem. Jakiś bezdomny zbiera pieniądze narażając na zmoknięcie cocker spanielkę i trójkę jej młodych i uderzając do nieczułych serc obrazkiem z Ojcem Pio. Jemy późny obiad w jednej z restauracji na słynnej Beenhouwersstraat. "Le Petit Bruxelles" skusiła nas reklamą trzydaniowych zestawów za 18 euro i atmosferą skrzącego się kominka. Niestety w karcie same dania za 30 euro, a te polecane za minimum 40. Wychodzę na zewnątrz, by zerknąć na tablicę z reklamą ustawioną przed lokalem - i dopiero to skłania kelnera do przyniesienia nam tańszej karty. Za to, że nie dałam zarobić właścicielom, spotkała mnie dotkliwa kara - zatrucie krewetkami. Jednak jak jedząc krewetkę człowiek ma wątpliwości, czy na pewno tak powinna smakować, to lepiej jej już dalej nie jeść...


Dojście do stacji metra Schuman od naszego hotelu to spacer pesymistyczny, a przejście w odwrotnym kierunku napawa optymizmem... Na murze okalającym siedzibę Komisji Europejskiej jest wystawa 100 zdjęć. Pierwsze przedstawia roczne dziecko, drugie dwulatka, kolejne dzieci i młodzież, środkowe mężczyzn w średnim wieku, a ostatnie - stuletniego seniora. Za nim wisi jeszcze informacja, że  przygotowywany jest podobny projekt ze zdjęciami kobiet. To trochę tak jak z sikającymi symbolami miasta - jednak patriarchat trzyma się mocno. Spacer wzdłuż tej niezwykłej wystawy zawsze skłaniał nas do rozmów i refleksji - gdzie jesteśmy my na tym continuum, kiedy kończy się młodość a zaczyna starość, w których okresach życia człowiek zmienia się najbardziej... Droga do hotelu - czyli wbrew zegarowi biologicznemu - była dla nas znacznie przyjemniejsza.


Bazary to zawsze ciekawe oblicze miasta, które zdradza wiele jego tajemnic. W Brukseli zwiedziłyśmy dwa - pchli targ koło Notre-Dame du Sablon oraz bazarek ze sweterkami za 5-10 euro i majtkami za 1 euro koło dworca południowego Bruxelles Midi. Ten pierwszy nas rozczarował - głównie kosmicznymi cenami; na tym drugim azjatyccy sprzedawcy uśmiechali się zachęcająco, a wybór jeansów był lepszy niż w markowym sklepie. Tylko ten odór - hmmm - żółtej rzeki.


W Notre-Dame du Sablon oddajemy się zadumie. Zaraz zacznie się msza - organista już ćwiczy, na tle muzyki pięknie wibruje głos śpiewaczki, karkołomne koloratury przeszywają nas do szpiku kości. Wchodzi czarnoskóry ksiądz i chce rozpoczynać mszę, ale organista dalej gra jak opętany...


Opętanie to też słowo, które jakoś kojarzy mi się z tym miastem. Po trosze ze względu na halloweenowe przebrania - straszyły nas one w śródmiejskiej uliczce (która notabene po zmroku okazała się mniej przyjazna niż za dnia). A po trosze dlatego, że takiej parady dziwaków nie widziałyśmy chyba nigdzie. Nie mówię tu o Szkotach przechadzających się z spódniczkach i błyskających gołymi łydkami w zimne deszczowe popołudnie. Raczej o kilku typach w delirium jeżdżących bez celu metrem, otyłej alkoholiczce, której brzuch wyłaził do połowy przy każdym hauście z butelki czy niestrudzonym knajpianym naganiaczu, którego uroda i zachowanie sprawiały, że nie sposób było minąć go obojętnie... No i o wariackim stylu parkowania - przebijającym nawet ten w Paryżu.


Mój ulubiony zestaw przy zwiedzaniu miasta to coś starego i coś nowoczesnego. A więc po gotyckich zabytkach czas na Atomium. Jedziemy do stacji Heysel, przechodzimy przez parking, fotografujemy się na tle napisu Welcome i ustawiamy w kolejce po bilet. Wejście do samego Atomium to koszt 11 euro, na bilet kombi z Minieuropą trzeba wydać 23,50 euro. Co też czynimy. 40 minut czekania, po drodze sprytnie usytuowany sklepik z gadżetami. Potem kolejne 40 minut - już z biletem, w kolejce do windy. Kiedyś była to najszybsza winda w Europie - dziś została już zdetronizowana, ale nadal solidnie zatyka w niej uszy.


Wjeżdżamy na belgijskiego młodszego brata Wieży Eiffla. Jak podają źródła ten monumentalny model atomu żelaza powiększonego 165 miliardów razy został zbudowany z okazji światowej wystawy EXPO w 1958 roku jako symbol technicznych osiągnięć tamtych czasów. Składająca się z dziewięciu kul połączonych rurami budowla ma 103 metry wysokości i waży 2400 ton. Na taras widokowy w najwyższej kuli wjeżdżamy windą. Potem jeszcze schodami ruchomymi i per pedes zdobywamy inną kulę, by zobaczyć wystawę o historii Atomium i pokaz nowoczesnej sztuki użytkowej. Podobnie jak strzelisty symbol Paryża, Atomium też chciano zburzyć - ale przetrwało i jest jedną z głównym atrakcji miasta. Z góry ładny widok, zwłaszcza że pogoda dziś łaskawa. Dobrze, że kupiłyśmy bilety do Minieuropy, bo z tej perspektywy widać już, że będzie tam co oglądać.  


Minieuropa nie jest pierwszym światem w miniaturze, który odwiedziłam. Ale z pewnością najciekawszym. Obiekty dobrane są tematycznie - twórcy parku starali się pokazać budynki kluczowe dla historii Europy. Jest więc na przykład Łuk Tryumfalny czy mur berliński - rozwalany przez plastikową koparkę i podnoszący się z powrotem niczym Feniks. A z polskich zabytków?... Fragment gdańskiej starówki z Neptunem i pomnik poległych stoczniowców. A do tego standardowe dla takich miejsc atrakcje: jeżdżące w kółko pociągi, rowerzyści, których można poruszyć kręcąc korbą, pływające statki, buczące samoloty. I tak zwane monidła oczywiście.


Pobyt w Brukseli nie za długi, ale treściwy. Byłby dłuższy, gdyby nie nasza czujność - autobus odjeżdżający na lotnisko Charleroi z dworca Bruxelles Midi beztrosko odszedł od rozkładowych zobowiązań i odjechał ponad 10 minut przed czasem. Dobrze, że wyczułyśmy już tutejsze klimaty i swoisty brak przywiązania do takich szczegółów, jak czystość czy punktualność właśnie. Bagaż napakowany czekoladą do granic możliwości, w kieszonkę wciśnięte wafle, a z torebki wysypują się koronki - mimo różnych przygód do domu przyjeżdżamy z miłymi wspomnieniami. 

  ***
TRASA:

Dzień 1

Dzień 2
(Źródło: Google Maps; kliknij, aby powiększyć mapkę)

 
  ***
ZAPRASZAM TEŻ NA MÓJ FILM O ATRAKCJACH BRUKSELI: