Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

8.30.2016

/FRANKFURT NAD ODRĄ/ Między brzegiem Odry a ulicą Marksa, czyli o mieście, które potrafi uszczęśliwić


Frankfurt nad Odrą, mniejszy imiennik metropolii znad Menu, nie kojarzył mi się z atrakcyjnym turystycznie celem weekendowego wypadu. W mieście zburzonym setkami ton bomb, które spadły nań z samolotów brytyjskich w roku 1944, a potem radzieckich w roku 1945, nie ma dziś praktycznie żadnych oryginalnych zabytków i prawdziwie starych budowli. A jednak - może dlatego właśnie, że nie oczekiwałam po nim zbyt wiele - Frankfurt zaskoczył mnie swą przyjaznością, schludnością i spokojem. I okazał się doskonałym wyborem na krótki wyjazd - ba, może nawet miejscem w pewien sposób magicznym.


Zapamiętam to miasteczko jako miejsce, w którym problemy w mniej lub bardziej oczywisty sposób zmieniają się w szanse. Po pierwsze po wojennych zniszczeniach - niezaprzeczalnej tragedii dla miasta i jego mieszkańców - udało się je poniekąd stworzyć na nowo, choć w nieco mniejszej skali (dzielnica Dammvorstadt stała się w 1945 roku polskimi Słubicami). Demagogią byłoby twierdzenie, że zrównanie z ziemią może oznaczać dla jakiegoś ośrodka możliwość zbudowania domów lepiej odpowiadających współczesnym potrzebom i nakreślenia szerszych wielopasmowych ulic na miarę wymagań intensywnego ruchu kołowego, ale we Frankfurcie miałam wrażenie, że poniekąd tak się tu stało - że jak mało gdzie przy pracach planistycznych w latach pięćdziesiątych architekci odcięli się od sentymentów i pomyśleli o kwestiach praktycznych i jakości życia. Dzięki temu dziś zgrabne domy (w których notabene jeszcze w roku 1980 ukrytych było 465 mieszkań zakonspirowanych agentów Stasi) stoją tu przy szerokich alejach, a liczne parki zapraszają do spacerów. Oczywiście nie oznacza to całkowitego zanegowania wielowiekowego dziedzictwa - gotycki ratusz odbudowano na przykład bardzo wiernie, a od roku 1999 Frankfurt nosi nawet oficjalny przydomek "Miasto Kleista" na część urodzonego tu w roku 1777 słynnego pisarza, dramaturga, poety i publicysty - co też jest ewidentnym ukłonem w stronę historii.


Drugi problem przekuty w szansę to doskonały marketing miasta. Choć nie ma tu zabytków na skalę świata czy choćby Europy, to wszędzie - w bibliotekach, restauracjach, sklepach - rozdawane są ulotki przekonujące, że można miło i pouczająco spędzić tu czas: na spacerze śladami Kleista, w kajaku, w parkach, w muzeach. Prawdziwy szok przeżyłam, gdy w biurze Polsko-Niemieckiej Informacji Turystycznej we Frankfurcie nad Odrą/Słubicach przekazano mi dwujęzyczny folder o zabytkach miasta liczący sobie... niemal 50 stron. Powstrzymałam się od żartobliwego pytania, czy zostały w nim opisane WSZYSTKIE TRZY tutejsze atrakcje. I całe szczęście, bo z kart publikacji zatytułowanej "Historia dla wszystkich" dowiedziałam się, że rzeczywiście jest ich tu co najmniej dziesięć. Spodobała mi się też przemyślana strategia promocji tego miejsca za pomocą kampanii billboardowej. Trudno byłoby przelicytować mu pozostałe niemieckie miasta pod jakimkolwiek względem - inne ośrodki są starsze, większe, bogatsze, bardziej znaczące, lepiej skomunikowane itp. Wymyślono więc wyróżnik - lub jak kto woli Unique Selling Proposition - mniej konkretny, ale za to działający na emocje: "Frankfurt nad Odrą uszczęśliwia!". To hasło wsparte zdjęciem z uśmiechniętymi dzieciakami utwierdziło mnie w przekonaniu, że świetnie zrobiłam przyjeżdżając właśnie tutaj. A po natrafieniu na nie po raz kolejny prócz zapachu serwowanych tu w wielu miejscach i pysznych skądinąd frykadeli w bułce w powietrzu naprawdę zaczęłam wyczuwać woń radości. Może to siła sugestii, może coś dosypują tu turystom do wspomnianej przekąski albo do piwa lub stosują Bomby Miłości Bliźniego, nad których skutecznością rozpisywał się Lem - nie wiem. Ale tak czy owak podpisuję się pod sloganem reklamującym to miasto.


Czy coś dobrego udało mi się dostrzec także w fakcie, że Frankfurt zwiedzałam wlokąc się noga za nogą i czując ból przy każdym kroku? Otóż o dziwo nawet zapalenie ścięgna miało pozytywny wkład w odbiór tego miejsca. Idąc z konieczności bardzo powoli dostrzegłam wiele szczegółów, które w normalnych warunkach pewnie by mi umknęły. Zamiast śpieszyć się w kolejne miejsca dłużej też przystawałam, a raczej przysiadałam tam, gdzie już udało mi się dokuśtykać - dzięki temu obejrzałam dokładnie jedyne w swoim rodzaju gotycko-malarskie sklepienie oferującej wygodne krzesła i zupełną pustkę w białej zakrystii w Marienkirche, do której w inny dzień pewnie tylko zajrzałabym przez drzwi. Duży wkład obolałego ścięgna upatruję też w spróbowaniu fantastycznych truskawek z pieprzowym sosem i lodami waniliowymi - no bo trudno relaksować się w kawiarni nic przy tym nie zamawiając. Zagubiony w gardle ostry kawałek czarnego ziarenka z deseru zafundował mi też później oglądanie Viadriny przez łzy - co prawda bardziej fizjologiczne niż uczuciowe, ale zawsze.


Spacerując po Frankfurcie - tak bardzo niemieckim w swym nastroju i architekturze - co chwila natykałam się na mniej lub bardziej intensywne polskie akcenty. Z dwudziestego czwartego piętra OderTurm obserwowałam, jak przez most jeżdżą w obu kierunkach auta przekraczające bardziej dziś umowną niż fizyczną granicę polsko-niemiecką. Znacząco więcej kolorowych punktów przesuwało się na Zachód - może wieczorem jest odwrotnie. Przybyłych w ten sposób rodaków nie było trudno znaleźć - sporo z nich spacerowało z wypchanymi koszykami po Aldim, duża grupa zgromadziła się też w strefie wyprzedaży lokalnego sklepu obuwniczego. KIK Discount - zresztą nie on jeden - wywiesił nawet napisy informacyjne w trudnej mowie wschodnich sąsiadów. Mały sportowy polski akcent wypatrzyłam też na jednym ze słupów latarnianych, a jeszcze więcej akcentów (tym razem już nie sportowych) - przed Kościołem Mariackim. W maju 2006 roku przed jego zachodnim portalem wmurowano kamienie upamiętniające darczyńców, którzy wspomogli finansowo odbudowę świątyni kupując specjalne "cegiełki". Dziesiątki osób, w tym sporo noszących swojsko brzmiące nazwiska, wyłożyły po 75 euro, z czego 50 zostało wykorzystane na odrestaurowanie Marienkirche, a pozostałe 25 - na stworzenie chodnika pamięci.



***
Ale dość już tych dywagacji - choć noga boli, trzeba wziąć się w garść, wyciągnąć plan centrum Frankfurtu i iść na spacer. Zaczynam go od OderTurm, wysokiego na niemal 89 metrów wieżowca wzniesionego w latach 1968-76, w dużej mierze siłami "brygady młodzieżowej" - jednego z wielu tego typu kolektywów wzbogacających NRD o kolejne budynki ze stali i szkła. Przed zjednoczeniem w najwyższym skyscraperze miasta znajdował się między innymi hostel ze 160 łóżkami, a także centrum przetwarzania danych, znana księgarnia "Ulrich von Hutten", delikatesy i restauracja samoobsługowa oraz - na 23 piętrze - kawiarnia z panoramicznymi oknami.

Źródło: Google Maps; kliknij na mapkę, by ją powiększyć

W latach 1992-94 w symbol Frankfurtu zainwestowano 200 milionów marek niemieckich. Odnowiono go wtedy i przebudowano: na dole dodano duży pasaż handlowy, a na fasadzie - słusznej wielkości neon. Poszczególne piętra pozajmowały na swe biura różne firmy; do pracy w nich przychodzi tu codziennie 1400 osób. W roku 2000 o piętro wyżej - na przedostatnią kondygnację budynku - przeniosła się też kafejka z widokiem. Dziś nosi ona nazwę "Turm 24" i reklamuje się jako "najwyżej położona restauracja Brandenburgii". Za 2 euro można skorzystać z jej dużych szklanych okien celem obejrzenia i utrwalenia obrazu miasta z lotu ptaka - albo zamówić kawę i pyszny torcik szwarcwaldzki, a potem porobić zdjęcia Frankfurtu, Odry i Słubic już bez dodatkowej opłaty.


Ocienionymi arkadami wzdłuż witryn sklepowych idę w kierunku auli głównej Uniwersytetu Europejskiego Viadrina. Choć uczelnia ta powstała całkiem niedawno - bo w 1991 roku - to kontynuuje tradycje dużo starszej Alma Mater, która działa tu w latach 1506 - 1811. Szkoła, w której studiować dziś można między innymi prawo, ekonomię i kulturoznawstwo, prócz chlubnej historii ma też bardzo konkretne cele - w tym wsparcie rozwoju regionu oraz zacieśnianie stosunków polsko-niemieckich. Jak podają źródła uniwersyteckie, obecnie około 14% uczących się tu niemal 6400 studentów stanowią obywatele RP. Prócz liczącej sobie ponad sto lat auli, przed którą właśnie stoję (niegdyś była ona budynkiem rządowym), uczelnia ma jeszcze do dyspozycji cztery inne duże budynki w różnych punktach miasta, w tym Auditorium Maximum z salą na 600 studentów oraz bibliotekę ze zbiorem ponad 523 000 woluminów i 1200 aktualnych tytułów prasowych.


Spod neoklasycystycznego gmachu przechodzę kilkadziesiąt kroków do budynku zarazem starszego, bo gotyckiego i nowszego, bo odbudowanego po wojnie z całkowitych ruin... Pierwowzór dzisiejszego Kościoła Mariackiego wzniesiono w XIV wieku, a w kolejnym stuleciu rozbudowano go do postaci pięcionawowej. W latach 1521-22 dobudowano zakrystię - ta ostatnia zmiana mająca na celu powiększenie budynku związana była z otwarciem w mieście uniwersytetu. Ona też sprawiła, że mająca wówczas 77 metrów długości i 44 szerokości świątynia stała jednym z największych tego typu gotyckich obiektów w Niemczech.


Ale tego historycznego kościoła już tu nie ma - w 1945 zmieciony został z powierzchni ziemi podobnie jak niemal cała starówka. Mozolną odbudowę rozpoczęto w latach pięćdziesiątych, ale trwa ona do dziś - na przykład drewniany dach nad nawą główną zamontowano w roku 1998, a w roku 2002 kościół wyposażono w nowoczesny system przeciwpożarowy. W pustawym wciąż wnętrzu świątyni umieszczono puszki na datki i tablice informujące o postępach prac. Część elementów dawnego wyposażenia tego miejsca - na przykład bogato zdobioną chrzcielnicę z brązu czy też mierzący 4,7 metra wysokości okazały świecznik - po odrestaurowaniu przeniesiono do pobliskiego siostrzanego kościoła św. Gertrudy; tu zaś postawiono duże tablice ze zdjęciami 3D, na których przedmioty te wyglądają niemal jak prawdziwe.


Kościół nie jest dziś z różnych - częściowo już wspomnianych - względów taki jak kiedyś. Odbudowany został bez założenia, że ma być bliski historycznemu pierwowzorowi - lecz raczej tak, by połączyć stare z nowym. Na przykład witraże i obrazy we wnętrzu są całkowicie współczesne. Również wspomniana już zakrystia - dziś pełniąca funkcję kaplicy - dzięki swemu wyposażeniu oraz kolorystyce nie ma aspiracji do bycia bliską szesnastowiecznemu oryginałowi.


Co ciekawe, jasne wnętrza świątyni zwiedzam niecałe dwa miesiące po bardzo ważnym dla niej wydarzeniu. 7 czerwca 2014 roku po raz pierwszy od czasu drugiej wojny zabrzmiały z jej wież cztery dzwony - trzy odlane w Innsbrucku (największy musiano wykonać ponownie po tym, jak pierwsza jego wersja pękła w czasie procesu produkcyjnego) i jeden odrestaurowany. "Frankfurtczycy 70 lat czekali na ten dzień" - pisała lokalna prasa. Na pozostałe dwa dzwony - z historycznego kompletu sześciu - wciąż zbierane są fundusze. Ale moim zdaniem już te cztery brzmią wyjątkowo pięknie - i świadoma ich losów bardzo się cieszę, że mogę usłyszeć ich czysty dźwięk.


Z kościoła udaję się do biblioteki miejskiej, która zaprasza do skorzystania ze swych zbiorów, ale także do posiedzenia z lekturą na dworze, koło przyjemnie chlupoczącej fontanny. W tym celu postawiono tu kolorowe ławki z zachętami, by "czytać", "patrzyć" i "słuchać". Dodatkowo tuż przy wejściu do budynku umieszczono ufundowany przez obywateli miasta - w ramach inicjatywy "Zastanówmy się nad Frankfurtem" - pomnik z brązu przedstawiający czytającą dziewczynkę. Gdy przyjrzeć jej się bliżej, okazuje się, że ustawiona tu w lutym 2014 roku zachęta do lektury ma też dodatkowy przekaz: dziecięca postać trzyma w rękach książkę Disneya po angielsku. Z związku z tą swoistą sugestią biblioteka zobowiązała się do organizowania cyklicznych spotkań z literaturą również w tym "globalnym" języku.


Od biblioteki już tylko paręnaście (bolesnych dziś) kroków dzieli mnie od ratusza miejskiego - budynku o bardzo oryginalnej urodzie przywodzącej na myśl spichlerze ze zbożem. Jest on jednym z nielicznych zabytków miasta, który odbudowano w latach pięćdziesiątych zgodnie z historycznym pierwowzorem, bez ulepszeń, uwspółcześnień i upraktycznień. Za to funkcję pełni oni częściowo bardzo nowoczesną - w dużej jego części od roku 1965 mieści się tu bowiem Muzeum Młodej Sztuki. Jego zbiory obejmują 11 tysięcy obrazów, rysunków, grafik, rzeźb i instalacji z okresu okupacji radzieckiej (1945-49), z czasów DDR (1949-90) oraz całkiem współczesnych prac artystów z pięciu "nowych landów", czyli terenu byłego NRD. Od 29 lipca do 19 października można zobaczyć tu dodatkowo wystawę czasową przedstawiającą trzysta wykonanych różnymi technikami prac Salvadora Dalego inspirowanych literaturą i stanowiących ilustracje światowych dzieł - a właściwie ich "paranoiczno-krytyczne" interpretacje zgodne z wypracowaną przez mistrza w latach trzydziestych XX wieku metodą, u której podstaw leży spontaniczna wizualizacja fantazji i halucynacji.


Ratusz prócz funkcji świątyni sztuki współczesnej pełni też oczywiście rolę wynikającą z jego nazwy: mieszczą się tu urzędy miejskie, w tym także USC, w którego eleganckich salach udzielane są śluby; potem państwo młodzi mogą świętować wraz z gośćmi w  Rathauskeller - restauracji zlokalizowanej z lewej strony od głównego wejścia do budynku. Budynku o długiej skądinąd historii: poprzednika widocznej dziś odbudowanej w latach pięćdziesiątych XX wieku wersji wzniesiono w roku 1253 (wtedy bowiem Frankfurt otrzymał prawa miejskie) w stylu gotyku ceglanego tak charakterystycznego dla ośrodków hanzeatyckich.


Całkowitą przeciwwagę dla tego bądź co bądź historycznego budynku stanowi rozległy kolorowy akcent znajdujący się między nim a ulicą Marksa. Ten przyciągający dźwiękiem bulgoczącej wody i feerią barw obiekt to fontanna Comic Brunnen - swoisty popartowy hołd dla komiksowych figur. Jego krótka - bo zaledwie czternastoletnia - historia obfituje w zwroty akcji spowodowane kontrowersjami artystycznymi, awariami technicznymi i problemami finansowymi. W określonym przez prasę jako "pechowy dla tego obiektu" roku 2013 zepsuł się zegar na jednej z figur, potem zaś trzeba było odłączyć wodę z powodu zatkania się kilku rur - rzekomo za rzadko czyszczonych przez odpowiednie służby. Instalację zasilaną 30 tysiącami litrów wody płynącej w obiegu zamkniętym uruchomiono ponownie w kwietniu 2014 roku. I póki co do października ma w dzień i w nocy cieszyć oczy mieszkańców i turystów oraz inspirować dzieci do spontanicznych biegów po długiej na 80 metrów ścieżce wodnej łączącej dwie części instalacji i do kąpieli w kroplach wody rozpylanych przez kolorowych kosmitów.


Spacer kończę w otwartej w roku 2000 galerii handlowej Lenné Passagen. Na czterech kondygnacjach o łącznej powierzchni 27 tysięcy metrów kwadratowych mieszczą się tu dziesiątki sklepów, barów, kawiarni i zakładów usługowych.


Ze spaceru po mekce handlowej miasta zapamiętuję łysawego plastikowego pana o posturze tak nietypowej dla manekinów, a za to tak charakterystycznej dla mężczyzn w średnim wieku, do których skierowana jest oferta butiku oraz żartobliwą reklamę nawiązującą do etymologii słowa hot-dog.



***
A może Frankfurt wcale nie zamienił swych problemów w szanse, może jego zabytki nie są warte zwiedzenia; może moje odczucia to raczej kwestia tego, jakim wydało mi się to miejsce w ten niewiarygodnie słoneczny dzień... Może w moich opiniach nie ma ani krzty obiektywizmu, a w powietrzu nad ulicą Marksa wisiał zapach spalin a nie szczęścia? Może gdyby padał deszcz, a noga umożliwiała poruszanie się w normalnym tempie, wcale nie zachwyciłabym się tym miastem? Przypomina mi się dialog z Księgi Bokokona, zmyślonego świętego pisma nieistniejącej religii. Gdy tylko człowiek został ulepiony z gliny, od razu po spojrzeniu wokół siebie zadał zasadnicze pytanie: "Jaki jest sens tego wszystkiego?". "Czy wszystko musi mieć jakiś sens?" - zripostował nieco retorycznie Bóg. "Oczywiście" - bez wątpliwości odpowiedział człowiek. "W takim razie pozostawiam tobie znalezienie sensu tego wszystkiego" - rzekł Bóg. I odszedł.


Dlatego pewnie nie powinnam już nigdy wracać do Frankfurtu. Bo to, że raz mnie oczarował, wcale nie znaczy, że zrobi to po raz drugi. Zgubionego sensu szuka się często niestety równie bezowocnie, co straconego czasu. Ale co tam przyszłość - grunt, że dziś miasto to znalazło się najwyraźniej we wnętrzu infundynbuły chronosynklastycznej, w której czas i przestrzeń zakrzywiły się tworząc pewien rodzaj idealnej harmonii - układanki z doskonale do siebie dopasowanych puzzli. Tyle że ten kosmiczny instrument nie miał tym razem typowego dla siebie kształtu lejka, lecz - całkiem niestandardowo - przybrał formę precla. Wiem to, bo widziałam go na własne oczy - gdzieś między brzegiem Odry a ulicą Marksa.





***
ZAPRASZAM TEŻ NA FILMOWY SPACER PO FRANKFURCIE:

7.12.2016

/ZAGŁĘBIE RUHRY/ Homo neanderthalensis, homo ludens i homo faber, czyli top 5 atrakcji okręgu przemysłowego


Zagłębie Ruhry to największa aglomeracja przemysłowa w Niemczech i piąta co do wielkości w Europie. Na obszarze niemal 4500 kilometrów kwadratowych mieszka tu ponad 5 milionów ludzi. Duży wkład w rozwój tego regionu mieli Polacy, tak zwani "Ruhrpolen", którzy przybyli tu pod koniec XIX wieku z Królestwa Polskiego, Mazur, Kaszub i Górnego Śląska. Nie tylko budowali oni potęgę przemysłową zagłębia, lecz mieli też na przykład wpływ na język. Do dziś na młotek mówi się tu "Mottek", a na starszą korpulentną matronę - "Matka"; tutejszy dialekt dopuszcza też gubienie rodzajników przed rzeczownikami oraz czasem posługuje się polskimi końcówkami (na przykład "Pastor" funkcjonuje tu jako "Pastek").

Okręg ten to nadal region silnie uprzemysłowiony, choć już nie tak jak kiedyś: w latach 1980-2002 liczba miejsc pracy w sektorze produkcyjnym zmniejszyła się o połowę, a wiele fabryk przekwalifikowano na muzea, sale koncertowe, budynki użyteczności publicznej. Na pewno będąc tutaj warto odwiedzić choć jedną dawną halę produkcyjną i przyjrzeć się, jak dzięki inwencji - i inwestycjom - udało się całkowicie zmienić jej charakter. 


Aby dobrze poczuć klimat aglomeracji, trzeba koniecznie odwiedzić Düsseldorf, stolicę landu Nordrhein-Westfalen oraz główny ośrodek miejski zagłębia, i przejść się słynną Königsallee (zwaną przez miejscowych w skrócie Kö) - najdroższym bulwarem zakupowym Niemiec. Tam jak nigdzie indziej widać ślady dawnej świetności i bogactwa tej okolicy. Z kolei jeszcze starsze dzieje i losy legendarnych przemysłowców można poznać odwiedzając ich wille udostępnione dziś dla zwiedzających.


Współczesne Zagłębie Ruhry to także centrum dobrej kuchni (w industrialnej restauracji Casino Zollverein koło Red Dot Design Museum w Essen zdobyłam autograf Dietera Bohlena, który trzy stoliki ode mnie posilał się krewetkami w przewie w nagraniach do niemieckiego Idola), wydarzeń kulturalnych (region ten był w roku 2010 - obok Stambułu i węgierskiego Pécs - Europejską Stolicą Kultury) i atrakcji sportowych (prócz znanych wszystkim stadionów jest tu na przykład najdłuższy w Europie kryty tor gokartowy).


  

Zapraszam na przejażdżkę do miejsc, które moim zdaniem warto zobaczyć i zwiedzić w Ruhrgebiet.


1. Red Dot Design Museum w Essen

Muzeum nowoczesnego wzornictwa w Essen (mające swą siostrę - niekoniecznie bliźniaczkę - w Singapurze) skupiające wyróżniające się swą estetyką i funkcjonalnością eksponaty wyróżnione znaczkiem „Red Dot“ mieści się w dawnej kotłowni kompleksu przemysłowego kopalni i koksowni Zollverein. Pierwszy szyb wydobywczy stanął tu już w połowie XIX wieku – i działał nieprzerwanie do roku 1986. W latach pięćdziesiątych zeszłego stulecia tutejsza kopalnia uważana była za największy tego rodzaju obiekt w całej Europie. Niestety mimo skali i ją dotknął kryzys - na szczęście jednak odrodziła się w nowej formie: kompleks objęto ochroną konserwatorską jako unikatowe świadectwo historii techniki i dwudziestowiecznej architektury przemysłowej. W 2001 Zollverein został wpisany oficjalnie na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO.


Ret Dot Design Museum otwarto tu w roku 1997. Na imponującej postindustrialnej powierzchni 4000 metrów kwadratowych zgromadzono ponad dwa tysiące eksponatów - głównie przedmiotów codziennego użytku. Od razu za progiem niepozornych ogniotrwałych drzwi czeka nas mocne uderzenie: błyszczące eleganckie auto wiszące na tle zardzewiałych instalacji. 



Taki kontrast towarzyszyć nam będzie przez całe zwiedzanie. Wyróżnione przyznawanym od 1955 roku symbolem czerwonej kropki przedmioty - i tak przyciągające wzrok oryginalnością swej estetyki - w postindustrialnej oprawie błyszczą jeszcze bardziej. Dystrybutor do piwa stoi tu obok fotelików dziecięcych, a czarna bateria łazienkowa - koło skórzanych mebli. Dalej mijamy kolorowe samochody, eleganckie narzędzia kuchenne, smukłe odkurzacze...


Jedne eksponaty zachwycają, inne wyglądają już na nieco przestarzałe - ciekawie jest popatrzyć na przedmioty pod kątem tego, że to, co była piękne kilka lat temu, dziś niekoniecznie musi się podobać.


Z półtoragodzinnego zwiedzania z przewodnikiem wynoszę w myślach dwóch faworytów - wannę z wygodnym wejściem w postaci szczelnych drzwiczek i płytę ceramiczną z wgłębieniem na woka. I dochodzę do konkluzji, że ergonomia jest dla mnie chyba istotniejsza od estetyki...



Z hermetycznego świata designu wychodzimy na trawę porastającą dawny teren fabryczny. I by nabrać właściwej perspektywy wjeżdżamy najdłuższymi zewnętrznymi schodami ruchomymi w Niemczech (liczą sobie 58 metrów długości) na przebudowany w roku 2006 gmach płukania węgla A14 Kohlenwäsche. Tam spoglądamy z 24 metra wysokości na teren, który z kopalni i koksowni zmienił się w centrum kultury. 



2. Villa Hügel w Essen 

Villa Hügel w dzielnicy Bredeney i z zewnątrz, i od wewnątrz wygląda tak doskonale, że aż trudno uwierzyć, że stoi tu już od 1873 roku. Jeszcze bardziej niż jej neorenesansowy szyk uwagę zwraca wielkośc obiektu - jego powierzchnia użytkowa, na którą składa się między innymi 269 pokojów, wynosi 8 100 metrów kwadratowych.


Chodząc po pomieszczeniach, z których sporo - w tym absolutnie imponującą bibliotekę ze stylowym kominkiem i kącikiem czytelniczym - udostępnia dla zwiedzających obecny zarządca nieruchomości, Fundacja Kulturstiftung Ruhr, krok po kroku odkrywamy fascynującą historię rodu Kruppów i samej willi, którą wyposażano kiedyś w iście futurystyczne jak na tamte czasy - a na pewno przełomowe i innowacyjne - instalacje techniczne...



Wbrew temu, co można byłoby domniemywać, senior rodu i przemysłowiec Alfred Krupp nie zbudował willi jako człowiek młody. Wręcz przeciwnie, prace nad nią zlecił dopiero jako czterdziestoparolatek - wtedy bowiem ustanowił on w swej firmie (której tradycje kontynuowane są do dziś pod marką ThyssenKrupp) prokurentów i ograniczył swą rolę biznesową do podejmowania głównych decyzji strategicznych. Trudno mu się dziwić - po tylu latach z pewnością zasłużył na odpoczynek: zajmującą się odlewaniem stali firmę Friedrich Krupp AG założył on wraz z dwójką braci już w orku 1811, a od 1816 prowadził ją samodzielnie.



Willa od samego początku pomyślana została jako miejsce reprezentacyjne - dlatego prócz pomieszczeń użytkowych, stworzono w niej też na przykład salę koncertową. Od samego początku też projektowano ją jako budynek luksusowy. Do jego konstrukcji użyto wyłącznie materiałów niepalnych - kamienia, stali i szkła - ponieważ Alfred Krupp panicznie bał się pożaru. Traf chciał, że to nie płomienie, tylko woda zagroziła temu domowi - w czasie budowy ulewne deszcze podmyły jeden z fundamentów, w wyniku czego południowo-zachodnie skrzydło willi oderwało się i zawaliło. Czteroletnie prace budowlane przerywane były zresztą licznymi kęskami i problemami - w końcu jednak, po czasie dłuższym niż początkowo zakładano, 10 stycznia 1873 rodzina Kruppów wprowadziła się do posiadłości w Bredeney.

A dom to był jak na ówczesne czasy niezwykły. Zainstalowano w nim na przykład system zbliżony do dzisiejszej klimatyzacji - i niestety równie zawodny, co obecne rozwiązania tego typu. Ponieważ we wszystkich pomieszczeniach temperaturę miało się tu regulować indywidualnie, umieszczono w nich specjalne ozdobne stalowe rury grzewcze z regulacją podłączone do dystrybutora ciepłej wody. Nie wszystko niestety zadziałało zgodnie z oczekiwaniami - już w lutym, tuż po przeprowadzce, senior rodu pisał w jednym z listów, że wszyscy członkowie rodziny jeden po drugim chorują od hulających po domu przeciągów. W głównej części willi zastosowano dodatkowo ogrzewanie z wykorzystaniem nawiewu ciepłym powietrzem. Mimo to, jak wspomina przyjaciel rodziny, z początkiem każdego sezonu grzewczego wszyscy Kruppowie regularnie zapadali na infekcje dróg oddechowych.

Willa od samego początku wyposażona była w instalację elektryczną. Co prawda z początku zasilała ona jedynie telegraf, ale już w roku 1880 zaufany lekarz rodziny, Emil Ludwig Schmidt, zainspirował seniora rodu w czasie jednej z rozmów do wykorzystania elektryczności również do oświetlenia - dzięki czemu zmniejszyłyby się przeciągi w korytarzach wywoływane przez lampy gazowe. Alfred pomysł podchwycił - i jak zwykle nie szczędził środków na jego techniczną realizację. W ten sposób w 1889 roku w posiadłości przybyła maszyna parowa stuttgarckiej firmy G. Kuhn - i wraz z nią pomieszczenia rozświetliło światło nie powodujące niekontrolowanych ruchów powietrza w przepastnych korytarzach.


Ciekawa historia wiąże się też z zegarami. Otóż w tutejszej portierni zamontowano w grudniu 1872 roku tak zwany zegar centralny, według którego dostrajano nie tylko czas w willi, ale i w fabryce. Co rano wyznaczona specjalnie osoba z domowego personelu przesyłała równo o 9.00 rano sygnał telegraficzny do biura - tak by i tu, i tam wszystko funkcjonowało w tym samym rytmie.

Ci, którym od technikaliów bliższe są zagadnienia natury estetycznej, Villa Hügel też się spodoba - bo dbałość o detale także w ich wymiarze wizualnym jest w niej niezwykła. No i to otoczenie: trzydziestohektarowy park i urokliwe jezioro Baldeneysee.



Siedząc na jego brzegu, który w równej mierze opanowali zwiedzający oraz łabędzie, doczytuję w przewodniku rozdział o najnowszej historii willi, z której ocienionych korytarzy właśnie wyszłam. Przez dziesięciolecia mieszkali tu kolejni potomkowie nestora Alfreda - z coraz większym trudem ponosząc koszty utrzymania posiadłości. Po krótkim epizodzie powojennym, kiedy to willę zajęły wojska amerykańskie, w roku 1952 budynek wrócił w posiadanie rodziny Kruppów, która przekazała część pomieszczeń na potrzeby wystaw sztuki, do celów reprezentacyjnych firmy ThyssenKrupp i dla fundacji zarządzającej salami udostępnionymi dla zwiedzających.



3. Tor gokartowy w Dortmundzie

Nie samą historią i kulturą człowiek żyje - dobrą odmianą po atrakcjach muzealnych jest przejażdżka gokartami. Zwłaszcza że to właśnie w Zagłębiu Ruhry znajduje się najdłuższy kryty tor kartingowy na świecie. Highway Kart Racing zlokalizowany przy Baroper Bahnhofstraße 79-85 w Dortmundzie dysponuje trasą o długości 1600 metrów i nowoczesnymi pojazdami marki Rimo napędzanymi paliwem ekologicznym. 



Pierwsze zawody kartingowe odbyły się w roku 1959 w USA. W roku 1961 rozegrano już mistrzostwa świata, a w 1968 - mistrzostwa Europy. Na torze w Dortmundzie można samemu poczuć, na czym polega przyjemność z jazdy pojazdem bez mechanizmu różnicowego. Nawet mimo kasku i kombinezonu wrażenia zmysłowe są bardzo silne: drgania, smród palonej gumy, hałas. Ale i fun jest ogromny - zwłaszcza, jeśli przyjdzie się w parę osób. Cena tej zabawy? Dziesięciominutowa jazda indywidualna to koszt 12 euro; w przypadku godzinnych wyścigów dla grupy od 10 kierowców każdy płaci po 70 euro.


4. Königsallee w Düsseldorfie

"Widzieć i być widzianym" - to motto tej ze wszech miar modnej, eleganckiej i drogiej ulicy handlowej, która jest symbolem dekadencko-burżuazyjnego stylu życia i ostoją nieco przebrzmiałych już wartości - takich jak luksus na pokaz. Widać to po paniach, które przechadzają się tu w szpilkach z czerwoną podeszwą, widać też po wystroju modnych sklepów w legendarnych Kö-Galerie i Sevens Center. W tej drugiej galerii - stojącej tu od roku 2000 i przyciągającej przechodniów między innymi ogromnym pięciopiętrowym Saturnem - Tata kupił mi buty. Już od dziesięciu lat noszę je z poczuciem, że są absolutnie wyjątkowe.



Ale by docenić urok Kö, nie trzeba wcale wydawać pieniędzy. Już sam windowshopping w Tiffanym, Diorze czy Swarovskim pozwoli dostarczyć tylu wrażeń, ile wizyta w niejednej galerii sztuki. Marketingowcy dbają o to, by zlokalizowane tu flagowe salony światowych marek - równie ważne co te na Champs Elysees - aż emanowały luksusem. A gdy od błysku brylantów zaczyna nas już boleć głowa, możemy odpocząć spacerując wzdłuż Kö-Graben - umieszczonego centralnie między jezdniami pasa zieleni przedzielonego podłużnym zbiornikiem wodnym.


Ten zaaranżowany na początku XIX wieku kilometrowej długości park swój według niektórych nieco kiczowaty wygląd zawdzięcza oczarowanemu Francją księciu Janowi Wellemowi, który marzył o przebudowaniu całego miasta i stworzenia z niego Wersalu nad Renem. Ten szeroko zakrojony projekt nie został nigdy zrealizowany, ale Kö-Graben do dziś jest świadectwem książęcych fascynacji. 

Idąc wzdłuż fosy z południa na północ mijamy 155 kasztanowców i 100 platanów - a potem dochodzimy do fontanny. Tritonenbrunnen to dzieło lokalnego rzeźbiarza Friedricha Coubilliera stworzone w latach 1898 - 1902 na zamówienie Stowarzyszenia Upiększania Miasta. Inspirowana mitologią rzeźba przedstawia Trytona, syna Posejdona, odpędzającego trójzębem potężną rybę. Scena ta jest tak dynamiczna i sugestywna, że mam wrażenie, że mój spacer najdroższą ulicą handlową, który był trochę jak film o życiu pięknych i bogatych, kończy się prawdziwie spektakularnym happy endem.



5. Neanderthal Museum koło Düsseldorfu 


Niepozorne tyczki wskazują na miejsce niezwykłe: to tu pod koniec XIX wieku górnicy natrafili w czasie pracy na szczątki człowieka pierwotnego z okresu plejstocenu, którego ochrzczono homo neanderthalensis od nazwy doliny nad rzeką Düssel, około 10 km od Düsseldorfu - czyli od miejsca, w którym właśnie stoję. 


Muzeum historii gatunku ludzkiego - które rocznie odwiedza ponad 170 000 osób - powstało tu dużo później, bo dopiero w roku 1996 - wcześniej znaleziska prezentowano w małym budynku 100 metrów stąd. Budynek projektu Güntera Zampa Kelpa, Juliusa Kraussa und Arno Brandlhubera charakteryzuje to, że nie ma w nim schodów - całą wystawę ogląda się spacerując po wznoszącym się łagodnie chodniku o owalnym (podobnie jak ściany muzeum) kształcie.


Eksponaty ułożone są chronologicznie. O humanoidach, australopithecusie i homo erectusie można nie tylko posłuchać przez audioguide, lecz - jak na nowoczesną ekspozycję przystało - spojrzeć im też prosto w głęboko osadzone oczy.


Pokaz antropogenezy krok po kroku poprzetykany jest wystawmi tematycznymi - na przykład o rozwoju medycyny i farmacji czy o historii alfabetu. Z tej ostatniej dowiaduję się, że pierwsze pismo literowe opracowali już Fenicjanie około 1000 lat przed naszą erą. Używali oni 22 spółgłosek, które zapisywali od prawej strony do lewej. Grecy usprawnili tę notację dodając samogłoski i odwracając kierunek pisania, za co do dziś są im wdzięczni praworęczni użytkownicy piór wiecznych.


Projektanci ekspozycji - być może dlatego, że natura ludzka jest im dobrze znana - uwzględnili faktor zmęczenia zwiedzających rosnącego wsprost proporcjonalnie do liczby kroków wykonanych na ślimaczym chodniku. Dla odpoczynku i odmiany stworzyli oni więc sale kinowe z pokazami filmów o rozwoju naszego gatunku, ewolucjonizmie i pracach wykopaliskowych. Aby zaś nabyta wiedza lepiej się utrwaliła, zadbano też o krótką powtórkę materiału: przed budynkiem muzeum jest ścieżka z zaznaczonymi poszczególnymi etapami historii ludzkości. Z początku kreski na niej są dość rzadkie, potem zaś coraz gęstsze - bo z lat nam bliskich mamy już więcej kronik opisujących ważne wydarzenia.


W minutę mijam narodziny Chrystusa, koronację Karola Wielkiego i II wojnę światową. I z niejakim niepokojem myślę o tym, co zostanie napisane przy kolejnych, pustych jeszcze, kreskach przede mną...


***

TRASA SAMOCHODEM (130 km)


(źródło: Google Maps; kliknij na mapkę, by ją powiększyć)