Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

11.26.2013

/PODLASIE/ Fotograficzne pożegnanie jesieni


Tegoroczną jesień utrwaliłam fotograficznie jak żadną inną dotąd. Aż szkoda, że żółte liście już opadają z drzew pozbawiając je tak lubianego przez aparat koloru. Ale jeszcze kilka pajęczyn trzyma się na gałęziach i parę przyschłych traw kołysze na polach – więc może uda się zrobić fotograficzne pożegnanie jesieni!

 
A jak pożegnanie jesieni, to tylko na Podlasiu. Tam właśnie jedziemy z grupą fotograficzną i naszym Nauczycielem w poszukiwaniu ciekawych tematów. Pojawiają się już po drodze z Warszawy – słynne ażurowe półtunele na bródnowskim odcinku S8, mosty, łąki, majacząca w oddali dachem niczym gałki lodów cerkiew Hagia Sophia pod Białymstokiem – zbudowana w latach osiemdziesiątych XX wieku miniatura w skali 1:3 świątyni znajdującej się w Stambule.

Supraśl wita nas lekko deszczową aurą. To nic, mżawka może dać ciekawy efekt na zdjęciach – pod warunkiem, że osłoni się aparat folią stwarzając mu warunki do bezawaryjnej pracy. Zadanie na spacer po ulicach miasteczka dostaliśmy trudne – nie wolno nam zmieniać obiektywów, wszystko trzeba zrobić jednym, ulubionym. Moja Sigma mnie nie zawodzi – ładnie rysuje uliczki, łapie lekko poruszonego psa, utrwala odbicia drzew w wodzie. 


W Supraślu jest masa atrakcji turystycznych i architektonicznych – o czym dowiaduję się z ulotki wydanej przez Urząd Miejski. Na przykład zbudowany w latach 1892-1903 dla supraskiego fabrykanta Adolfa Pałac Buchholtzów, w którym dziś mieści się Liceum Plastyczne. Znajdujący się na Placu Kościuszki budynek wygląda całkiem zwyczajnie, ale taki nie jest, bo – jak czytam – „w harmonijny sposób łączy on cechy renesansu francuskiego i włoskiego (dach, owalne lukarny, szczyty facjatek, elewacje) z klasycystycznymi (portyk balkonowy) i secesyjnymi (ornamentyka, dekoracje sztukatorskie wnętrz)”. Wnętrz zwiedzić nam się nie udaje, ale jasna fasada ładnie pozuje do zdjęć.


Idziemy ulicą Trzeciego Maja. Przed nami pojawia się kościół p.w. Świętej Trójcy zbudowany w II połowie XIX wieku. W uzdrowisku – bo Supraśl ma taki status dzięki mikroklimatowi sprzyjającemu zdrowiu, który odczuwamy z każdym wdechem – jest zresztą kilka świątyń różnych wyznań. Prawosławny klasztor męski, cerkiew p.w. Zwiastowania NMP, cerkiew Jana Teologa, cerkiew cmentarna p.w. Św. Jerzego Zwycięzcy… Ale że pada deszcz i jest coraz ciemnej, my udajemy się pod dach kryjący wiele ciekawych motywów – do Muzeum Ikon.


Znajduje się ono w ciekawym miejscu - zajmuje część siedemnastowiecznego Pałacu Archimandrytów, wchodzącego w skład zabudowań monasteru supraskiego. Wchodzimy do pierwszej sali. Ikony zaprezentowane zostały tu w konstrukcjach przypominających katakumby rzymskie, w otoczeniu polichromii ściennych będących replikami wczesnochrześcijańskich malowideł – jak tłumaczy przewodniczka. Obrazy są ładnie wyeksponowane, nasze aparaty chętnie kierują się w ich stronę w poszukiwaniu ciekawych kadrów. 


W kolejnej sali, dla zobrazowania głównych świąt w roku liturgicznym, na kole umieszczone zostały ikony przedstawiające wybrane święta. Na obrazach wiszących na ścianach widać już ząb czasu – który dodał im nowy ciekawy rys i szczyptę dramatyzmu.


Dalej w miniwitrynkach prezentowane są krzyże, które towarzyszyły wiernym w podróżach. Zgromadzone tu eksponaty odnaleziono podczas wykopalisk archeologicznych prowadzonych na Podlasiu.


W kolejnej sali udaje nam się zobaczyć ikony przyozdobione metalowymi elementami – o wiele bogatsze od drewnianych. Jak wyjaśnia przewodniczka, celem dekorowania ikon było wyrażenie szacunku pierwowzorowi: blask złota lub srebra symbolizuje boskie niematerialne światło.


Niestety pozostała część ekspozycji jest akurat w renowacji, ale nawet ten krótki spacer po historii ikon zaowocował wieloma zdjęciami – i przemyśleniami. Szkoda, że w niektórych religiach nie dopuszcza się tworzenia przedstawień wizerunków świętych.

Wieczór to doskonała pora na łapanie ruchu. Auta mkną nieco za szybko uliczkami Supraśla, a my polujemy w trybie seryjnym na samochody. Ćwiczenie techniki panoramowania to doskonałe zamknięcie fotograficznego spaceru.

Źródło: Google Maps; kliknij, aby powiększyć mapkę

Kolejny dzień naszego pleneru przebiega pod hasłem natura vs. kultura. Najpierw zatrzymujemy się w małej wiosce, z której niedaleko już do granicy z Białorusią, co zresztą słychać dobrze w nie zawsze dla mnie zrozumiałym języku mieszkańców. Pustostan, kolorowy dom, lekko upozowany kubek na płocie przywodzący na myśl słynną scenę z „Samych Swoich” – doskonałe motywy w porannym świetle.


A koło wsi łąka. Pozornie pusta i monochromatyczna, przy bliższym oglądzie – pełna skarbów. Drobnych detali, nad którymi warto popracować – przysłona, światło, ISO. Ciekawych linii i rytmów. A jeśli ktoś chciałby więcej dynamiki, to może pobawić się w tanie acz efektowne tricki wykorzystujące szybkie zoomowanie.  


Leżące nieopodal Kruszyniany to dla mnie prawdziwe odkrycie. Pewnie po części dlatego, że w jurcie tatarskiej zjedliśmy prawdziwe rarytasy. Cepeliny w rosole, kozinę i grzesznie słodki deser – czak czaki, czyli małe faworki obtoczone w miodzie z makiem i wzbogacone rodzynkami. Kupuję na wynos aż trzy pudełka tego przysmaku.


Pełen żołądek nie sprzyja twórczości, ale dobre natchnienie pobudza wyobraźnię. W tym wypadku natchnieniem jest cmentarz muzułmański z nagrobkami z XVII, XIX i XX wieku. Groby muzułmanów są skromne. Nie ma zwyczaju ozdabiania ich kwiatami, nie zapala się także lampek i świec. Czasem ktoś postąpi tu wbrew tradycji i położy wiązankę – kruszyniańscy Tatarzy przyzwyczajeni do różnorodności kultur nie zdejmują jej wtedy i leży nieco przekornie na surowym nagrobku.


Nagrobek to dwa kamienie i przestrzeń między nimi – czasem wbrew tradycji przykryta tu płytą. Co ciekawe napisy na pionowej płaszczyźnie tablic grawerowane są od innej strony niż na grobach chrześcijan. Inne są też pozostałe zwyczaje: zmarłego w tradycji muzułmańskiej kładzie się tak, aby leżał na prawym boku z twarzą zwróconą w kierunku Mekki. Grzebanie ciał jest zadaniem mężczyzn, ale – jak mówi nam Dżemil, który oprowadza nas po tym niezwykłym miejscu w pogrzebach w Kruszynianach uczestniczą już także kobiety. Na uroczystość nie przychodzą tu jedynie panie będące przy nadziei.


Z cmentarza już tylko kroków dzieli nas od drewnianego meczetu – jednego z dwóch najstarszych z Polsce. Zbudowany został on prawdopodobnie w drugiej połowie XVIII lub w pierwszej połowie XIX wieku na miejscu starszej świątyni wzniesionej przez społeczność tatarską. Budynek jest mały – ma zaledwie 10 na 13 metrów. Z zewnątrz i wewnątrz pokryto go drewnianą boazerią pomalowaną na ciemnozielony kolor symbolizujący wiarę islamską. W środku zachwycają mnie fotograficznie lampy i motywy z półksiężycem oraz pięknie wyeksponowany Koran


Zapada wieczór, wnętrze świątyni spowija ciepłe światło. Niebo przykryte chmurami – nie uda nam się więc dzisiaj sfotografować gwiazd.

Trzeci dzień podlaskiego pleneru przebiega pod znakiem Puszczy Knyszyńskiej. Fotografowanie zaczynam od polowania na pajęczyny. Dzięki nakładce na obiektyw udaje mi się uzyskać w jej tle bokeh kształtowy


Las z pozoru jednolity, drzewa układają się w różne rytmy.  Ale gdy ma się kilka godzin, można wypatrzyć w nim dużo więcej. Kolorowe grzyby, liście, ślady działalności ludzkiej, krople rosy


Szerszym planem można ująć kształt ścieżki, a filtrem polaryzacyjnym wydobyć fakturę mokrych liści. Znaleziona pod runem bomba okazuje się piastą rowerową, ale i tak utrwalam to nieco przerdzewiałe UFO. Nawet w lesie można pobawić się w kompozycje abstrakcyjne.


Weekend się kończy – i wyjazd się kończy. Żegnamy gościnne Podlasie. Do Warszawy zabierzemy wspomnienie smacznych potraw, pięknych krajobrazów i czystego powietrza. Z radia dowiadujemy się, że byliśmy w centrum wydarzeń. Teraz właśnie bowiem swą wędrówkę rozpoczęły żyjące w okolicach Supraśla żubry, które są niczym świstak Phil z Pensylwanii: potrafią przewidzieć nadejście zimy. W weekend dopiero część stada doszła do drogi, która łączy Supraśl z Krynkami. A to znaczy, że jesień jeszcze trochę z nami zostanie zanim definitywnie ustąpi miejsca zimie.

10.16.2013

/STUTTGART/ Zwierzęta a klasyka filmowa, czyli Ochmonek i Toliboski w Wilhelmie

Gdy w czasie podróży ma się już trochę dość muzeów, zabytków i przede wszystkim tłumów ludzi, można odpocząć w ogrodzie zoologicznym. W większości miast na świecie są takie miejsca. Czasem ogromne i spektakularne jak zoo w Singapurze zajmujące 28 hektarów, z czego część stanowią dziewicze połacie lasu deszczowego. Czasem znane głównie ze swych mieszkańców – jak to w Berlinie, w którym na świat przyszedł rozsławiony przez media niedźwiedź polarny Knut, zrodzony z matki Toski, niegdyś atrakcji cyrku w DDR-ze i wykarmiony przez ludzi; niestety w wieku niecałych 5 lat dramatycznie zakończył on swe krótkie życie na oczach zwiedzających – kilka razy obrócił się, zamachał łapami i wpadł nieżywy do wody. Czasem zaś ogrody zoologiczne są skromne, ale urokliwe architektonicznie – jak na przykład Wilhelma w Stuttgarcie,  w której w tym roku miałam bliskie spotkania z naczelnymi i dalszymi kuzynami.


Zlokalizowana w uzdrowiskowej dzielnicy Stuttgartu Wilhelma to historycznie rzecz biorąc zespół pałacowo-parkowy zbudowany w połowie XIX wieku. Zoo zorganizowano na tym obejmującym 30 hektarów terenie dopiero w latach sześćdziesiątych XX wieku sprowadzając tu ponad 9000 zwierzaków z całego świata. Do dziś jest drugim co do wielkości ogrodem w Niemczech – po wspomnianym berlińskim. A pod względem liczby prezentowanych tu gatunków roślin nawet pierwszym w kraju – w Wilhelmie można zobaczyć około 6000 przedstawicieli flory ze wszystkich stref klimatycznych na świecie. Dodatkowo rozsławia go hodowla małp człekokształtnych, w tym goryli, które od maleńkości karmione są tu przez specjalnie wyszkolonych pracowników – do Stuttgartu trafia wiele maluchów, które inaczej nie miałyby szansy na przeżycie. 


Choć zoo istnieje tu dopiero od 70 lat, to Wilhelma ma swą wcześniejszą „zwierzęcą” historię. W 1812 roku na tym terenie – zanim pojawiły się na nim pałace – król Fryderyk I zorganizował tak zwaną menażerię, w której trzymano łącznie 220 zwierząt – w tym słonie, małpy i papugi. Wyróżniało ją oznakowanie (przy klatkach znajdowały się tablice informacyjne) oraz dostępność (wstęp był wolny dla zwykłych ludzi, nie tylko dla arystokracji). Po śmierci króla ogród zamknięto ze względów kosztowych – i dopiero po wielu burzach dziejowych, w tym zniszczeniu części ogrodu w czasie ataku bombowego w roku 1944, odrodził się on w obecnej postaci. 

Dziś wizyta w Wilhelmie to ciekawe przeżycie. Trochę jak podróż w czasie dzięki historycznym budowlom, trochę jak podróż w przestrzeni ze względu na wielość zwierząt i roślin z różnych miejsc na świecie. 

Jest piękny, słoneczny i nad wyraz ciepły dzień. Idziemy od stacji S-Bahn „Wilhelma” wzdłuż muru w stylu mauretańskim. Nieopodal zielonej altanki, w której kiedyś kasjerki sprzedawały bilety, stoją nowoczesne automaty z różnymi opcjami wejściówek do zoo. 


W samym ogrodzie witają nas dokładnie te zwierzaki, które też jako pierwsze widoczne są w zoo warszawskim – czyli flamingi, prawie takie jak te w ustawiane w ogrodzie przez Trevora Ochmonka w kultowym serialu „Alf”. Niewiele dalej kolejne skojarzenie filmowe – pingwiny, które niemal składają już usta, by powiedzieć „Sliiiiiiiide” i skoczyć do lodowej jaskini podświadomości. I białe ptaki patrzące się na nas swymi niewiarygodnie błękitnymi oczami z równą fascynacją, co my na nie.


W ogrodach zoologicznych najchętniej odwiedzam małpy. Może dlatego, że wydają mi się tak do nas podobne – ze swą mimiką, gestami, zmiennością nastrojów. W ich oczach czasem udaje się niemal dostrzec budzącą się świadomość – tak jakby były już krok od tego, by powiedzieć coś ludzkim głosem. Świetnie się składa, bo małpiarnie są specjalnością Wilhelmy. Starsza powstała w latach siedemdziesiątych; dziś oddzielone od widzów szklanymi szybami mieszkają tu jedynie orangutany. Osobnik w średnim wieku bawi właśnie widzów próbując wyciągnąć łakocie z beczułki za pomocą patyka. Obserwuję ten fascynujący spektakl przez dobre kilka minut – małpa jest bardzo wytrwała. 


Nowa małpiarnia pachnie jeszcze świeżością, otwarta została bowiem w maju tego roku. Tu dużo się dzieje – maluchy kręcą się na gałęziach asekurując ogonem pod czujnym okiem wąsacza.


Parkowa klasyka: słonie, hipopotamy, place zabaw. Sympatyczne miejsce dla dorosłych, prawdziwy raj dla dzieciaków.


Jednak jeszcze ciekawsze niż huśtawki jest dla maluchów małe zoo ze zwierzakami, z którymi można wejść w bezpośrednią interakcję. W automacie czeka jedzenie za kilka centów – parzystokopytne zlizują je z zapałem z małych rączek wywołując piski radości. Jedna z owiec właśnie do nas podeszła – aż trudno ją sfotografować, tak szczelnie oblepiona jest dzieciakami, które sprawdzają fakturę szorstkiej sierści.


Czym byłby ogród zoologiczny bez restauracji, lodziarni i sklepiku... Chyba bardzo smutnym miejscem. Korzystamy z tych zdobyczy cywilizacji jedząc frytki i big milka oraz kupując kultową koszulkę z małpą. Podobno część dochodu z niej wspomoże prowadzone tu inicjatywy.


Na finał zostawiłam sobie wizytę w miejscu, gdzie parę lat mieszkał jeden z najsłynniejszych mieszkańców Wilhelmy – odpowiedzialny za rekord wśród zwiedzających: dzień po ogłoszeniu jego pojawienia się na świecie do zoo przyszło ponad 15 000 osób.. To podobnie jak w przypadku berlińskiego ogrodu niedźwiedź polarny urodzony w niewoli. Miś, który przyszedł na świat w grudniu 2007 roku, nosi dumne imię Wilbär powstałe z połączenia nazwy ogrodu i niemieckiego słowa „niedźwiedź”. W przeciwieństwie do słynnego Knuta karmiony był przez matkę, a nie przez ludzi. W jego przypadku trzymano media z daleka i wiadomość o narodzinach podano do prasy z dużym opóźnieniem – by uniknąć potencjalnych problemów z odrzuceniem misia przez matkę i losu, który spotkał Knuta. Dziś Wilbär mieszka w Szwecji, w ogrodzie w miejscowości Orsa, ale w Stuttgarcie wciąż można odwiedzić jego rodzinę. Co też uczyniłam.


Na sam koniec wizyty w Wilhelmie, w której w obliczu licznych atrakcji czas minął nie wiadomo kiedy, jeszcze jedno skojarzenie filmowe. Piękny klasycystyczny staw z nenufarami. Dziwne uczucie, gdy nie ze względu na trudności językowe, lecz na różnicę doświadczeń, z nikim nie można podzielić się obrazem brodzącego w wodzie Toliboskiego. 

    
____________________________

Zapraszam też na mój film z Wilhelmy: