Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

5.24.2016

/BERLIN/ Zburzony mur i spalona trawa


Jadąc do Berlina nie wertuję tym razem przewodnika. Czytam "Wypalanie traw" Wojciecha Jagielskiego, które wydaje mi się nie tylko książką o apartheidzie, lecz również - a może przede wszystkim - o tym, jak bardzo mogą polaryzować ludzi różnice - i te zewnętrzne, i religijne, i obyczajowe. Myślę o tym w kontekście Niemiec, dziś tak wielokulturowych i parady równości odbywającej się właśnie w ten weekend. "Akceptacja zamiast tolerancji", tolerancja to za mało, potrzebna jest akceptacja - to hasło tegorocznego Christopher Street Day, który już po raz 36 rozkołysze ulice miasta.


A przecież i podziały w Berlinie wciąż są trochę widoczne. Przypomina o nich na przykład mała szrama koło dworca wschodniego Ostbahnhof - czyli East Side Gallery, resztka muru, który niegdyś mierzył 156 kilometrów i przez 30 lat szczelnie dzielił miasto. Do dziś często mówi się metaforycznie, że powstał w jedną noc: z 12 na 13 sierpnia 1961 roku wojsko, funkcjonariusze Niemieckiej Policji Granicznej, Policji Ochronnej i  Ludowej oraz  członkowie Robotniczych Oddziałów Samoobrony rozpoczęły blokadę ulic i torów kolejowych prowadzących do Berlina Zachodniego. Padł zresztą również nocą - z czwartku 9 listopada na piątek 10 listopada 1989. A teraz niczym pamięć o nim ginie sprzedawany we fragmentach w pamiątkowych kartkach, usuwany przez inwestorów budowlanych, uprzątany przez władze miasta. East Side Gallery też podobno już niedługo zostanie zlikwidowana - teren wokół resztki muru jest zbyt cenny, by mógł pozostać nieużytkiem. Dlatego łapczywie fotografuję graffiti na płytach, bo za rok może już ich tu nie być. I pozwalam sobie na chwilę zadumy przy zaniedbanej łące, która przypomina mi wypalane pola z książki Jagielskiego. 


Podziały widać też w układzie dzielnic Berlina. O ile coraz trudniej rozpoznać, czy dany fragment miasta był kiedyś w NRD czy w RFN-ie, o tyle doskonale widać, gdzie dziś mieszka najwięcej imigrantów. Idąc Oranienstraße, kolorową ulicą Kreuzbergu pełną knajp, klubów i butików, mijam kobiety w chustach na głowie i tureckie szyldy oraz wypożyczalnie video z wyborem hitów tureckich i bollywoodzkich. Dalej na północ, w Neukölln, przybyszów spoza Niemiec mieszka jeszcze więcej. Widać to choćby po liczbie ogłoszeń z kursami "Niemiecki dla początkujących".


Inicjatyw wspierających uchodźców i przesiedleńców jest w Berlinie notabene naprawdę sporo. Stykam się z nimi w czasie innego spaceru - w podwórzach Mehringhof 2a, do których wchodzi się z Gneisenaustraße przez szczelnie oplakatowaną bramę. Jest tu związek pracowników z Turcji, alternatywny teatr, księgarnia "Czarna Szpara". W pomieszczeniach na piętrze odbywają się wiece, spotkania informacyjne, kursy integracyjne. 


Tymczasem idę dalej Oranienstraße, która za skrzyżowaniem przechodzi w Wiener Straße. Młodzi chłopcy w grupkach stoją oparci o pylony wiaduktu nad prostopadłą względem dwóch poprzednich ulic Skalitzer Straße. Niektórzy podjeżdżają do przechodniów na rowerach dyskretnie oferując paczuszki z - nomen omen - trawą. Inni krzyczą "GHAAA-NAAA"; dziś wieczorem drużyna niemiecka zmierzy się w ramach mistrzostw świata z drużyną z Afryki. Będzie to trochę mecz bratobójczy: po stronie Niemiec zagra w nim Jérôme Boateng, a po stronie Ghany jego młodszy brat, Kevin-Prince Boateng. 


Mecz obejrzę dziś wieczorem na żywo w knajpie w dzielnicy Wedding. Też myśląc o podziałach i uprzedzeniach. Ze stojącego na skrzynkach po Heinekenie beamera obraz rzucany jest na ekran rozpięty na tle kościoła. Niemka obok mnie ma w uszach kolczyki z flagami, a na twarzy charakterystyczne żółto-czerwono-czarne maźnięcia. Dzień jest bardzo długi, czekamy na zmrok, bo wtedy lepiej będzie widać zarysy piłkarzy na białym ekranie. Gra jest coraz bardziej emocjonująca. Za ogrodzeniem ogródka piwnego, w którym siedzę, zebrała się grupa młodych Turków, którzy bez zasiadania na kanapie i płacenia za napoje, na stojaka, obserwują ruchy drużyn na murawie patrząc nam niejako przez ramię. 87 minuta meczu. Mesut Özil zgrabnie wrzuca piłkę w pole karne. Wszyscy zamierają. Usta Niemki obok mnie układają się już w "T" - bo może zaraz trzeba będzie krzyknąć "TOOOOOOR". Niestety podanie do Müllera zostaje przejęte przez piłkarza drużyny przeciwnej. Bramki na razie nie będzie. "Chrzaniony Turek!!!!" wrzeszczy w kierunku zbliżenia twarzy Özila na ekranie młodzieżowa grupka zza płotu.


Ale tymczasem jeszcze jest dzień, a ja idę do Görlitzer Parku zwanego przez Berlińczyków pieszczotliwie Görli. Końcówka "-i" to zresztą lubiany sufiks zdrobnieniowy w tym mieście: na przykład na stację metra "Kottbusser Tor" też mówi się "Kotti". Park powstał na początku lat dziewięćdziesiątych wokół opustoszałego budynku dworca kolejowego, który dziś notabene trudno nazwać opustoszałym, bo w najlepsze toczy się tu alternatywne życie towarzyskie wspomagane używkami różnego kalibru.


Liczba chłopaków w czapkach wyciągających zachęcająco z kieszeni folie ze zszarzałą zawartością znacząco się zwiększa. Adresowany do miejskich przedstawicieli porządku plakat przy wejściu do parku mówi wyraźnie, że nikt sobie tu nie życzy żadnej ingerencji. I że potrzebne jest miejsce bez zakazu sprayowania, palenia, słuchania głośnej muzyki, wprowadzania psów, biwakowania - bo niektórzy mieszkańcy miasta mają też takie potrzeby. Wchodzę na własną odpowiedzialność do tej strefy anarchii będącej niejako poza prawem. Do strefy, w której koegzystują artyści, dziwacy i... rodziny z dziećmi odwiedzające znajdujące się tu darmowe minizoo, plac zabaw czy nieco zdezelowaną pływalnię.


Z lewej reggae i opary dymu. Z prawej artyści ozdabiają betonowe ściany muralami z kapsli. Przede mną łąka, na której siedzą ludzie zdający się myśleć "above us only sky". Z krzaków ktoś macha do mnie zachęcająco jakimś towarem. Obok mnie przechodzi matka z dwojgiem małych dzieci. Nade mną na dziwnej konstrukcji kiwają się trampki poruszane podmuchami wiatru. To jest Görli - miasto w mieście, przykład koegzystencji trudnej do wyobrażenia. Kojarzy mi się z Ventersdorpem z "Wypalania traw", w którym Burowie mieszkali obok Afrykańczyków prowadząc niejako życia równoległe, a przecież tak bardzo ze sobą splecione.


Odwiedzam minizoo, w którym smętny osiołek wyraźnie cieszy się z nielicznych odwiedzin. Po chwili odkrywam przyczynę jego iście kłapouszej melancholii - na nieco upokarzającej skierowanej ku niemu strzałce napisano, że jest na diecie i nie wolno go karmić. Może więc sobie najwyżej popatrzyć, jak dzieci dożywiają kózki. A ślinka cieknie.  Dalej na trampolinie skaczą dzieci, a w jednym z boksów dla zwierząt - najwyraźniej przez nie opuszczonym - ojciec gra z synem w piłkę pokrzykując na niego po turecku i stając się mimowolnie atrakcją dla zwiedzających. Królicze klatki pachną trawą, ale inną niż cała reszta parku. Zamiast opisów z nazwami gatunkowymi na ogrodzeniach porozwieszano imiona własne zwierząt. Jak sympatycznie! Dzieci wołają "Heidi, Heidi", ale koza pozostaje niewzruszona. Inna rzecz, że na swoją nazwę łacińską też by na pewno nie zareagowała...


Nowe mury w Berlinie - jak ten odgradzający Görli od reszty świata - trzymają się dobrze, ale pozostałości starych znikają w zastraszającym tempie. Idę więc odwiedzić te rozproszone po mieście fragmenty, które jeszcze stoją, by się z nimi pożegnać zanim zjedzą je buldożery przygotowujące teren pod nowe apartamenty i ulice. Mijam sklep z komiksami na Oranienstraße. To notabene też osobny mikrokosmos - wszechświat sztuki rysunkowej, która nie boi się żadnych tematów i konwencji. Dziś na przykład w centrum witryny stoi komiks "Hitler Hipster".


20 minut spacerem i dochodzę na Kochstraße, przy której mieści się Muzeum Muru i historyczna tablica znacząca niegdyś granicę stref okupacyjnych w Berlinie. Linia pod moimi stopami upamiętnia istnienie muru i pokazuje jego przebieg w tym miejscu.



Wchodzę w tłum turystów. Część z nich zaprzyjaźnia się z historią robiąc sobie pamiątkowe zdjęcia retro w specjalnej kabinie lub pozując do zdjęcia z przystojnymi chłopakami w amerykańskich mundurach. Zastanawiam się, czy to przebierańcy, czy też przedstawiciele armii USA dorabiają sobie tutaj do żołdu.



Nieopodal Haus am Checkpoint Charlie w roku 2012 pojawił się infobox - prowizoryczny pawilon z wystawą o zimnej wojnie. Na jego miejscu ma powstać w przyszłym roku muzeum poświęcone tamtym czasom. Na razie można dowiedzieć więcej o tej inicjatywie, zjeść słynny berliński Currywurst i obejrzeć wystawę historycznych zdjęć. Jest wśród nich też to najsłynniejsze: dziecko oddzielone od rodziców w czasie akcji przegradzania Berlina chce przejść na drugą stronę drutu kolczastego, a żołnierz w bezradnej pozie nie umie mu pomóc.



Ostatni przystanek na mojej trasie poszukiwania pozostałości muru to okolice Potsdamer Platz ze słynnym supernowoczesnym Sony Center. Wysiadam z metra i podchodzę do kilku osprayowanych betonowych paneli, które tu nagle zyskują zupełnie inny kontekst - w otoczeniu szklanych wieżowców wydają się małe, bezbronne, przeraźliwie stare... Czy to możliwe, że mur runął zaledwie 25 lat temu? 



***
TRASA SPACERU

(Źródło: Google Maps; kliknij, aby powiększyć mapkę)